04.07.2024, 09:15 ✶
Nie paliła nigdy i to mimo tego, w biuro Brygady Uderzeniowej przenikał wieczny aromat dymu, a koledzy regularnie wychodzili na papierosa. Od pewnego wieczora po hogwarckich egzaminach kilka lat temu nie upiła się ani razu, a od ładnych paru tygodni jeśli tykała alkohol, to najwyżej by wypić łyka, przy ty h toastach, których nie wypadało nie wznieść. Praca Brygadzistki też nie codziennie oznaczała narażanie życia, nie co tydzień nawet, no może co dwa - i to tylko dlatego, że Brenna łatwo wpadała w kłopoty, jakby przyciągała je na podobieństwo magnesu. Nie była w końcu aurorką, nigdy nawet nie chciała zmieniać Biura. Zagrożenie istniało, godziła się z nim, ale nie uważała, by było naprawdę duże… w przeszłości przynajmniej, bo teraz robiło się coraz bardziej niebezpiecznie.
Pojawienie się Voldemorta wiele jednak zmieniało. Teraz wszyscy z Departamentu byli na pierwszej linii.
Trochę za słabo znała mugolską historię, aby w pełni zrozumieć analogię od hitleryzmu, ale ta epoka Hitlera kojarzyła się Brennie przede wszystkim z Grindewaldem, a i wspomnienia czasu wojennego starszego pokolenia, objawiające się czasem w słowach, czasem w strachach i zachowaniach, wystarczyły, aby mogła domyślać się jednego.
Historia lubi się powtarzać.
– Bardzo bym chciała się go pozbyć, ale obawiam się, że to trochę za mocny czarodziej, żeby mógł się go pozbyć jakiś Longbottom albo Potter – westchnęła, przystając przy krzewie, pokrytym późnymi, jesiennymi kwiatami, z których dopiero opadały pierwsze, brązowiejące na brzegach płatki. Brenna miała wkrótce wyrosnąć na absolutną lojalistkę, gdy szło o Zakon Feniksa, ale samą siebie oceniała dość racjonalnie: była przeciętną czarownicą i chociaż mając okazję poderżnąć gardło Voldemorta, nie zawahałaby się, nie miałaby szans w starciu z nim. Nadzieję pokładała raczej w Dumbledorze, który kiedyś wyszedł naprzeciw Grindewaldowi i zakończył już raz wiek terroru sianego przez czarnoksiężnika. – Dumbledore zwołał ludzi – powiedziała po prostu wprost, odruchowo zniżając głos, chociaż były w ogrodzie Warowni, otoczonym murami, i jak okiem sięgnąć nie było w pobliżu nawet żadnego domownika. – Uważa, że Ministerstwo nie da sobie rady i myślę, że ma rację, bo nie łamiąc nigdy prawa bardzo trudno poradzić sobie z kimś, kto to prawo łamie i co gorsza ma pewnie ludzi w strukturach.
Brenna nie była geniuszem, ale wpaść już na to, że Voldemorta pewnie poprą głównie czystokrwiści i ludzie z Nokturnu. A w Ministerstwie czystokrwiści mieli dużo wpływu. Paradoksalnie więc ta „zaraza” rozpleni się pewnie głównie na korytarzach Ministerstwa i na podziemnych ścieżkach.
– Dziadek nie jest zaangażowany, ale spora część rodziny tak – dodała, z bladym uśmiechem. Oczywiście, że Tessa zauważyła, że coś knują, a o ile taki Morpheus po prostu nie pytał, pochłonięty pracą w Departamencie Tajemnic, o tyle Brenna zakładała, że ciotka prędzej czy później te pytania i tak by zadała.
Pojawienie się Voldemorta wiele jednak zmieniało. Teraz wszyscy z Departamentu byli na pierwszej linii.
Trochę za słabo znała mugolską historię, aby w pełni zrozumieć analogię od hitleryzmu, ale ta epoka Hitlera kojarzyła się Brennie przede wszystkim z Grindewaldem, a i wspomnienia czasu wojennego starszego pokolenia, objawiające się czasem w słowach, czasem w strachach i zachowaniach, wystarczyły, aby mogła domyślać się jednego.
Historia lubi się powtarzać.
– Bardzo bym chciała się go pozbyć, ale obawiam się, że to trochę za mocny czarodziej, żeby mógł się go pozbyć jakiś Longbottom albo Potter – westchnęła, przystając przy krzewie, pokrytym późnymi, jesiennymi kwiatami, z których dopiero opadały pierwsze, brązowiejące na brzegach płatki. Brenna miała wkrótce wyrosnąć na absolutną lojalistkę, gdy szło o Zakon Feniksa, ale samą siebie oceniała dość racjonalnie: była przeciętną czarownicą i chociaż mając okazję poderżnąć gardło Voldemorta, nie zawahałaby się, nie miałaby szans w starciu z nim. Nadzieję pokładała raczej w Dumbledorze, który kiedyś wyszedł naprzeciw Grindewaldowi i zakończył już raz wiek terroru sianego przez czarnoksiężnika. – Dumbledore zwołał ludzi – powiedziała po prostu wprost, odruchowo zniżając głos, chociaż były w ogrodzie Warowni, otoczonym murami, i jak okiem sięgnąć nie było w pobliżu nawet żadnego domownika. – Uważa, że Ministerstwo nie da sobie rady i myślę, że ma rację, bo nie łamiąc nigdy prawa bardzo trudno poradzić sobie z kimś, kto to prawo łamie i co gorsza ma pewnie ludzi w strukturach.
Brenna nie była geniuszem, ale wpaść już na to, że Voldemorta pewnie poprą głównie czystokrwiści i ludzie z Nokturnu. A w Ministerstwie czystokrwiści mieli dużo wpływu. Paradoksalnie więc ta „zaraza” rozpleni się pewnie głównie na korytarzach Ministerstwa i na podziemnych ścieżkach.
– Dziadek nie jest zaangażowany, ale spora część rodziny tak – dodała, z bladym uśmiechem. Oczywiście, że Tessa zauważyła, że coś knują, a o ile taki Morpheus po prostu nie pytał, pochłonięty pracą w Departamencie Tajemnic, o tyle Brenna zakładała, że ciotka prędzej czy później te pytania i tak by zadała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.