04.07.2024, 09:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2024, 20:33 przez Charlotte Kelly.)
Charlotte uśmiechnęła się tylko do Jonathana, kiedy prawie się nie zakrztusił po jej wymianie zdań z duchem: no po prostu nie mogła się powstrzymać.
– Co, wolałabyś, żebym ciebie nazywała dziecinką? – zapytała, wciąż niezbyt przejęta obecnością ducha, jego tragiczną zapewne śmiercią oraz o tym, że chciał o czymś porozmawiać. Większość duchów zostawała po tej stronie istnienia, bo zabrakło im odwagi, aby ruszyć dalej, ale były i takie, które trzymały tutaj niedokończone sprawy. Łatwo było domyśleć się, że ten duch chciał, aby dokończyli za niego taką sprawę.
I Charlotte pewnie zignorowałaby to, i raczyłaby się dalej deserem, gdyby nie to, że siedziała obok Selwyna.
– Dlaczego nie mogłam zaprzyjaźnić się z jakimiś samolubnymi, obojętnymi na świat i ludzi Ślizgonami? Takimi, którzy jedliby kolację, choćby obok ktoś błagał o pomoc na kolanach? – poskarżyła się światu, wstając i ujmując mężczyznę pod ramię, by powoli ruszyć wraz z nim w ślad za duchem. Zabrała jeszcze torebkę, a potem dostojnym krokiem kogoś, kto nawykł do spacerów na kilkucentymetrowych szpilkach, przeszła z Jonathanem najpierw przez taras, a potem nieco na bok.
Wyglądało na to, że duch, oglądając się za nimi co rusz, chciał przeprowadzić ich z luksusowego kurortu do równie luksusowej willi, wzniesionej tuż obok i zapewne należącej do właściciela.
– Wolnego, jeśli mam się tam włamywać, życzyłabym sobie wiedzieć, dlaczego – oświadczyła, gdy zdała sobie sprawę z tego, dokąd idą. Była pewna, że ta posiadłość jest chroniona zarówno zaklęciami, jak i przez ochroniarzy, kręciło się ich sporo nawet na terenie hotelu. Liczba luksusowych aut, zaparkowanych w pobliżu, w środku musiało być najmniej kilka osób. Nie to żeby Charlotte bała się zaczarować paru mugoli, ale… – Nie zamierzam przechodzić bez dobrych powodów przez ten mur w tych butach. Co jeśli złamię sobie obcas? Masz pojęcie, ile one kosztowały? – oświadczyła stanowczo, przystając i zmuszając do zatrzymania się także Jonathana. To były buty z kolekcji Rosierów, specjalnie zaklęte, by nie obcierały i Charlotte kochała je tylko odrobinę mniej niż własne dzieci. Była względnie zamożna, ale od wydziedziczenia nie mogła już kupować takich butów tyle, ile by sobie życzyła i zamierzała o tę parę dbać.
– Jest tutaj tajne przejście. Mugolscy pracownicy nic o nim nie wiedza – powiedział duch z naciskiem, po czym podszedł do fragmentu muru pokrytego bluszczem. – Wystarczy, że odgarniecie te rośliny i rzucicie zaklęcie rozpraszające… on już nie pozwoli ci odejść, widziałem, jak ochroniarz do niego biegł. Ma obsesję. Jest zupełnie szalony. Musicie wiedzieć…
– Wariat – skwitowała Charlotte, kiedy duch mówił z coraz większą desperacją, zapatrzony na Jonathana. Ale nawet jej ta cała sytuacja przestawała się podobać, bo właśnie uświadomiła sobie, że jeśli tutaj kogoś zamordowano, to pojawienie Selwyna mogło wprowadzić zamieszanie. – Nigdzie nie idziemy.
– Ma tam artefakt… on… oszalał przez niego...
– Och. Trzeba było tak od razu – oświadczyła Kelly i podeszła do fragmentu muru, wydobywając z torebki różdżkę. Była w końcu Niewymowną. Słowo „artefakt” działało lepiej niż magiczne zaklęcie.
– Co, wolałabyś, żebym ciebie nazywała dziecinką? – zapytała, wciąż niezbyt przejęta obecnością ducha, jego tragiczną zapewne śmiercią oraz o tym, że chciał o czymś porozmawiać. Większość duchów zostawała po tej stronie istnienia, bo zabrakło im odwagi, aby ruszyć dalej, ale były i takie, które trzymały tutaj niedokończone sprawy. Łatwo było domyśleć się, że ten duch chciał, aby dokończyli za niego taką sprawę.
I Charlotte pewnie zignorowałaby to, i raczyłaby się dalej deserem, gdyby nie to, że siedziała obok Selwyna.
– Dlaczego nie mogłam zaprzyjaźnić się z jakimiś samolubnymi, obojętnymi na świat i ludzi Ślizgonami? Takimi, którzy jedliby kolację, choćby obok ktoś błagał o pomoc na kolanach? – poskarżyła się światu, wstając i ujmując mężczyznę pod ramię, by powoli ruszyć wraz z nim w ślad za duchem. Zabrała jeszcze torebkę, a potem dostojnym krokiem kogoś, kto nawykł do spacerów na kilkucentymetrowych szpilkach, przeszła z Jonathanem najpierw przez taras, a potem nieco na bok.
Wyglądało na to, że duch, oglądając się za nimi co rusz, chciał przeprowadzić ich z luksusowego kurortu do równie luksusowej willi, wzniesionej tuż obok i zapewne należącej do właściciela.
– Wolnego, jeśli mam się tam włamywać, życzyłabym sobie wiedzieć, dlaczego – oświadczyła, gdy zdała sobie sprawę z tego, dokąd idą. Była pewna, że ta posiadłość jest chroniona zarówno zaklęciami, jak i przez ochroniarzy, kręciło się ich sporo nawet na terenie hotelu. Liczba luksusowych aut, zaparkowanych w pobliżu, w środku musiało być najmniej kilka osób. Nie to żeby Charlotte bała się zaczarować paru mugoli, ale… – Nie zamierzam przechodzić bez dobrych powodów przez ten mur w tych butach. Co jeśli złamię sobie obcas? Masz pojęcie, ile one kosztowały? – oświadczyła stanowczo, przystając i zmuszając do zatrzymania się także Jonathana. To były buty z kolekcji Rosierów, specjalnie zaklęte, by nie obcierały i Charlotte kochała je tylko odrobinę mniej niż własne dzieci. Była względnie zamożna, ale od wydziedziczenia nie mogła już kupować takich butów tyle, ile by sobie życzyła i zamierzała o tę parę dbać.
– Jest tutaj tajne przejście. Mugolscy pracownicy nic o nim nie wiedza – powiedział duch z naciskiem, po czym podszedł do fragmentu muru pokrytego bluszczem. – Wystarczy, że odgarniecie te rośliny i rzucicie zaklęcie rozpraszające… on już nie pozwoli ci odejść, widziałem, jak ochroniarz do niego biegł. Ma obsesję. Jest zupełnie szalony. Musicie wiedzieć…
– Wariat – skwitowała Charlotte, kiedy duch mówił z coraz większą desperacją, zapatrzony na Jonathana. Ale nawet jej ta cała sytuacja przestawała się podobać, bo właśnie uświadomiła sobie, że jeśli tutaj kogoś zamordowano, to pojawienie Selwyna mogło wprowadzić zamieszanie. – Nigdzie nie idziemy.
– Ma tam artefakt… on… oszalał przez niego...
– Och. Trzeba było tak od razu – oświadczyła Kelly i podeszła do fragmentu muru, wydobywając z torebki różdżkę. Była w końcu Niewymowną. Słowo „artefakt” działało lepiej niż magiczne zaklęcie.