04.07.2024, 15:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.07.2024, 15:40 przez Brenna Longbottom.)
Gdzieś za plecami rozległ się grzmot, zwiastujący nadejście burzy: o twarz Brenny uderzyły pierwsze krople deszczu, właśnie w tym momencie, w którym usiadła na parapecie. Wciąż szara, pozbawiona kolorów, ginąca niemal pośród cieni, siedziała na nim przez moment, zastanawiając się, co zrobić dalej. Wyprana z barw wysoka sylwetka, wciąż trochę patykowata, tą patykowatością typową dla nastolatków, które spędzają większość czasu w ciągłym ruchu.
Mogła po prostu się teleportować.
Powinna się teleportować.
Może była to żyłka przygody, może głupota, może ciekawość, może typowo młodzieńcza brawura. Może wszystko po trochu. Nie odwaga przecież, odwaga powinna mieć jakiś cel i jakąś przyczynę, a tutaj nie można było mówić ani o jednym, ani o drugim. Brenna zsunęła się z parapetu, rozejrzała po pomieszczeniu i poprawiła plecak na ramionach. Nie było tutaj duchów, z którymi chętnie by porozmawiała. Patrzenie w przeszłość nie podziałało najwyraźniej, nie przyszły żadne dźwięki i obrazy. Był jednak wampir, kręcący się po pogrążonych w półmroku korytarzach.
Za oknem zaczął szumieć deszcz.
Brenna tymczasem przeszła do wyjścia, cicho stawiając nogi, patrząc, gdzie stąpa, bo chociaż skradała się nie pierwszy, nie drugi i nie dziesiąty raz w życiu, jeden nieostrożny ruch wystarczyłby, aby pod starym trampkiem zaskrzypiała jakaś deska. Zamiast uciekać przed domniemanym wampirem kierowała się do drzwi, by wyjrzeć na korytarz, zdecydowania zbliżyć się na tyle, by mieć w zasięgu wzroku wejście do pokoju, z którego nie tak dawno temu umknęła oknem. Nie wiedziała wiele o wampirach, ale uwięzienie go w pokoju zdawało się jej dobrym pomysłem – jakoś nie pomyślała, że pewnie większość wampirów wciąż miała różdżki, w ogóle ciężko było jej uznać wampira za… dalej czarodzieja, który może otworzyć sobie drzwi za pomocą alohomory, gdy prosta siła zawiedzie. Wydobyła więc własną różdżkę, wycelowała i proste zaklęcie translokacyjne zatrzasnęło drzwi, a kolejne zablokowało zamek.
Mogła po prostu się teleportować.
Powinna się teleportować.
Może była to żyłka przygody, może głupota, może ciekawość, może typowo młodzieńcza brawura. Może wszystko po trochu. Nie odwaga przecież, odwaga powinna mieć jakiś cel i jakąś przyczynę, a tutaj nie można było mówić ani o jednym, ani o drugim. Brenna zsunęła się z parapetu, rozejrzała po pomieszczeniu i poprawiła plecak na ramionach. Nie było tutaj duchów, z którymi chętnie by porozmawiała. Patrzenie w przeszłość nie podziałało najwyraźniej, nie przyszły żadne dźwięki i obrazy. Był jednak wampir, kręcący się po pogrążonych w półmroku korytarzach.
Za oknem zaczął szumieć deszcz.
Brenna tymczasem przeszła do wyjścia, cicho stawiając nogi, patrząc, gdzie stąpa, bo chociaż skradała się nie pierwszy, nie drugi i nie dziesiąty raz w życiu, jeden nieostrożny ruch wystarczyłby, aby pod starym trampkiem zaskrzypiała jakaś deska. Zamiast uciekać przed domniemanym wampirem kierowała się do drzwi, by wyjrzeć na korytarz, zdecydowania zbliżyć się na tyle, by mieć w zasięgu wzroku wejście do pokoju, z którego nie tak dawno temu umknęła oknem. Nie wiedziała wiele o wampirach, ale uwięzienie go w pokoju zdawało się jej dobrym pomysłem – jakoś nie pomyślała, że pewnie większość wampirów wciąż miała różdżki, w ogóle ciężko było jej uznać wampira za… dalej czarodzieja, który może otworzyć sobie drzwi za pomocą alohomory, gdy prosta siła zawiedzie. Wydobyła więc własną różdżkę, wycelowała i proste zaklęcie translokacyjne zatrzasnęło drzwi, a kolejne zablokowało zamek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.