Niektóre sytuacje były pułapkami bez wyjścia. Wydaje ci się, że stąpasz bardzo ostrożnie po tych lochach a tu jeden krok..! Tylko jeden i BACH! Nie ma! Droga się skończyła, bo wpadasz w jakąś dziurę, gdzie na dole już tylko ostre kolce albo jakieś pełzające żmije, które nawet nie wiesz, jakim cudem przetrwały w tym opuszczonym grobowcu. Mniej więcej taka była właśnie rozmowa z Ethel - zawsze coś ryzykowałeś. Czasem udaje się przewidzieć potencjalne ryzyko, niekiedy daje radę umknąć przed główną odpowiedzialnością postawionych słów, ale ta kobieta była w końcu nieobliczalna. Powiesz słowo "kotek!", bo właśnie jakieś puchate stworzono wskoczy na płot i spojrzy na ciebie z politowaniem godnym tych królewskich stworzeń, a zaraz usłyszysz, jak Ethel opowiada o kociej grypie, na którą umarł jej pięćdziesiąt mąż czy inny kochanek. Ona to wszystko wymyślała, prawda? Musiała wymyślać... Laurent miał bujne życie towarzyskie, ale przy Ethel rozkładał w beznadziei ramiona.
Czując ich wspólną przegraną uśmiechnął się już tylko, poddaną miał w oczach - mieli się raczyć wspaniałą opowieścią, bajką w zasadzie, ale na pewno było to jak z legendami - w każdej z nich drzemało ziarenko prawdy. Czasami te ziarenko było bardzo małe i trzeba było lupy, żeby je wypatrzeć wśród kłosów traw.
Tonąc w tej opowieści Laurent parę razy próbował się wtrącić, podpytać, nakierunkować na powrót, ale w końcu nawet przestał próbować, to nic nie dawało! Nawet te chwilowe zainteresowanie, które na nich kładła, było bez znaczenia - niby pytanie zadawała, ale w następnej chwili już mówiła o czymś zupełnie innym. Więc tak, przestał próbować. Zjadł tego swojego placka - akurat gotować potrafiła, może to dlatego żyła w takiej wygodnej willi i cieszyła się swoimi przywilejami, zamiast skończyć gdzieś... gdzieś poza obrębem miejsc określanych jako "godne do życia". Przez żołądek do serca? Tak to było?
Zgodnie z przewidywaniami, kiedy tylko zjedli, kobieta bardzo chciała pooglądać te abraksany i się przejechać. Rafael był taaaki choory, no to będzie truudne, ale Laurent dołożył wszelkich starań, żeby "łaskawie" zgodzić się pod naporami mocnych argumentów jak "nie daj się prosić". Basilius miał przynajmniej chwilę dla siebie w całym tym szaleństwie. Nie było jednak co liczyć na to, że ich pobyt u ciotki się jakoś szczególnie poprawi, a Laurent naprawdę potrzebował odpocząć. Czuł się... wyzuty. Ten dom z jego felernymi mieszkańcami wcale nie dawał mu spokoju, a Ethel... Ethel zaś sama była kwintesencją "niepokoju". Zaznanie przy niej chwili wytchnienia było jak podróż przez pustynię bez wody i napotkanie na oazę. Bardziej cud niż prawdopodobieństwo.