04.07.2024, 22:22 ✶
Szedł sobie spacerkiem, wydeptując coraz głębiej ścieżkę prowadzącą od baru "U Lizzy" do "Warowni u Brenny". Od czasu kiedy starszy brat jego przyjaciółki z dzieciństwa poprosił go o kilka prac w ogrodzie, każdego dnia, każdej godziny spędzonej w obrębie Longbottomowych murów czuł się jakoś bardziej... warowniowy. Nawet wczorajsze wydarzenie, kiedy rośliny zaatakowały bogu ducha winną dziewczynę, a ona zamiast uciec z krzykiem wciąż pytała czy nic się nie stało i tak jakoś... wszyscy byli tu dla niego mili, a miejsca było szczęśliwie tak wiele, że jak miał kaprys, to równie dobrze mógł zaszyć się w okolicach bielonego, świeżo postawionego płota i udawać że nie istnieje.
W sumie Brenna wspominała coś o tym, że ten domek co go remontował nie ma lokatora, więc może...
Sapnął gniewnie na siebie kręcąc głową w swojej upartości godnej Białki i Miłki, dwóch kóz, które wciąż pozostawały w szopie na tyłach baru babci pewnej dziewczyny, która przed laty odjechała w siną dal, pozbawiając go marzeń o szczęśliwym zakończeniu. Nie mógł być ciężarem. Pracować u kogoś - dobrze. Spać? Zajmować przestrzeń? Narzucać się? Angażować się? Niedopuszczalne. Szczególnie biorąc pod uwagę przepaść finansową, która dzieliła jego i gospodarzy tego domostwa. Czułby się zwyczajnie niezręcznie.
Zupełnie jak teraz, gdy stanął u wejścia, a dwójka nieznajomych piła piwo. Nie żeby miał coś przeciwko piwu, z jego gardła w ostatnich miesiącach nawet raz czy dwa wyrwało się zawołanie, że hop szklankę piwa a czasem nawet dwie. On jednak tylko dostarczał zlecenie, trzymał w dłoniach wiklinowy koszyk pełen pomniejszonych transmutacją drewnianych talerzy i kubków, które Brenna zamówiła na tańce, które miały się rychło odbyć. Na które też mnie zaprosiła... ojojoj...
Już miał przejść obok, gdy w twarzy jednej z osób rozpoznał tę, którą ledwie wczoraj stratował swoim kniejowym błogosławieństwem, dbającym o to, by obrośnięte listowiem serce należało do wiekowiej, magicznej, puszczy. Słyszał tu i ówdzie, że jest to klątwa żywiołu ziemi, ale jego matka mówiła, że to nie klątwa tylko właśnie dar od Kniei, który miał go chronić. A matka by go przecież nie okłamała prawda? Teraz jednak kraśniał wspomnieniem minionej rozróby i ukłonił się przed nimi.
– Dzień dobry, ja... ja tylko zostawię zamówienie i em... i pójdę nie chcę... nie chcę przeszkadzać, ale mogę... mogę pomóc jakby co, chociaż to teoretycznie nie jest ogród, ale no tu też przycinam krzewy żeby się dobrze prezentowały, więc jak trzeba pomocy, to ja... to ja chętnie pomogę. – Wyprostował się nagle z drugim oddechem pełnym nie pytania, nie proponowania a Wzmożonej Potrzeby Pomocy Dorze Którą Wczoraj Moje Kłącza Nie Żeby Celowo Ale Jednak Zaatakowały Olaboga Dobrze Że Nic Ci Się Nie Stało. Odłożył kosz na ziemi podwijajac rękawy kraciastej koszuli. Jego włosy były jasne pewnie jak piwo które pili, broda zdobiła jego twarz fałszywie postarzając go, bowiem tak z zachowania jak i blasku w błękitnych oczach widać było dobrą, prostolinijną duszę, której jeszcze nie podeptały okoliczności szalejącej w Anglii wojny.
W sumie Brenna wspominała coś o tym, że ten domek co go remontował nie ma lokatora, więc może...
Sapnął gniewnie na siebie kręcąc głową w swojej upartości godnej Białki i Miłki, dwóch kóz, które wciąż pozostawały w szopie na tyłach baru babci pewnej dziewczyny, która przed laty odjechała w siną dal, pozbawiając go marzeń o szczęśliwym zakończeniu. Nie mógł być ciężarem. Pracować u kogoś - dobrze. Spać? Zajmować przestrzeń? Narzucać się? Angażować się? Niedopuszczalne. Szczególnie biorąc pod uwagę przepaść finansową, która dzieliła jego i gospodarzy tego domostwa. Czułby się zwyczajnie niezręcznie.
Zupełnie jak teraz, gdy stanął u wejścia, a dwójka nieznajomych piła piwo. Nie żeby miał coś przeciwko piwu, z jego gardła w ostatnich miesiącach nawet raz czy dwa wyrwało się zawołanie, że hop szklankę piwa a czasem nawet dwie. On jednak tylko dostarczał zlecenie, trzymał w dłoniach wiklinowy koszyk pełen pomniejszonych transmutacją drewnianych talerzy i kubków, które Brenna zamówiła na tańce, które miały się rychło odbyć. Na które też mnie zaprosiła... ojojoj...
Już miał przejść obok, gdy w twarzy jednej z osób rozpoznał tę, którą ledwie wczoraj stratował swoim kniejowym błogosławieństwem, dbającym o to, by obrośnięte listowiem serce należało do wiekowiej, magicznej, puszczy. Słyszał tu i ówdzie, że jest to klątwa żywiołu ziemi, ale jego matka mówiła, że to nie klątwa tylko właśnie dar od Kniei, który miał go chronić. A matka by go przecież nie okłamała prawda? Teraz jednak kraśniał wspomnieniem minionej rozróby i ukłonił się przed nimi.
– Dzień dobry, ja... ja tylko zostawię zamówienie i em... i pójdę nie chcę... nie chcę przeszkadzać, ale mogę... mogę pomóc jakby co, chociaż to teoretycznie nie jest ogród, ale no tu też przycinam krzewy żeby się dobrze prezentowały, więc jak trzeba pomocy, to ja... to ja chętnie pomogę. – Wyprostował się nagle z drugim oddechem pełnym nie pytania, nie proponowania a Wzmożonej Potrzeby Pomocy Dorze Którą Wczoraj Moje Kłącza Nie Żeby Celowo Ale Jednak Zaatakowały Olaboga Dobrze Że Nic Ci Się Nie Stało. Odłożył kosz na ziemi podwijajac rękawy kraciastej koszuli. Jego włosy były jasne pewnie jak piwo które pili, broda zdobiła jego twarz fałszywie postarzając go, bowiem tak z zachowania jak i blasku w błękitnych oczach widać było dobrą, prostolinijną duszę, której jeszcze nie podeptały okoliczności szalejącej w Anglii wojny.