05.07.2024, 00:07 ✶
Uśmiechnęła się do niego dobrotliwie, przyjmując podaną chusteczkę. Była prostą dziewczyną, czasem aż zanadto i żarty o robieniu komuś krzywdy rzadko kiedy się pod jej adresem sprawdzały. Rozumiała koncept tego, co jej podsuwał Jessie, oczywiście, ale w pierwszym odruchu zwyczajnie pobiegła myślami nie w te stronę w którą powinna.
- Oh... przepraszam - rzuciła, troszeczkę może zawstydzona, kiedy jednocześnie przecierała chusteczką usta, a potem i filiżankę. Szybko jednak na jej twarzy na nowo zagościł delikatny, typowy dla niej uśmiech. - Jestem przekonana, że przy odrobinie dobrej woli dałoby się ją odpowiednio oswoić. W sumie skoro Greengrasowie są w stanie porozumiewać się z Knieją, to może istnieje jakaś furtka do komunikacji z magiczną florą w ogólnym tego słowa znaczeniu - ta odrobina dobrej woli sprawiła, że już parę razy została pogryziona, posiniaczona, całkowicie spętana przez hodowane rośliny i wiele, wiele innych. Ewidentnie stała po coś innego w kolejce u Matki, kiedy rozdawali instynkt samozachowawczy.
Dopiła ostatni łyk, kiedy Kelly przeprosił ją na chwilę i oddalił się od stolika, gotowy uregulować rachunek. Sama zebrała swoje rzeczy, przerzuciła torebkę przez ramię i już była zwarta i gotowa do wyjścia.
- Spacer? Czytasz mi w myślach - uśmiechnęła się do niego wesoło. Lipiec był gorącym miesiącem, więc nie miała ze sobą niczego oprócz lekkiego, cieniutkiego sweterka, który wzięła chyba tylko dla spokoju ducha i teraz siedział gdzieś w odmętach magicznie powiększonego wnętrza torebki. - Wieczór jest taki ładny, że grzechem byłoby nie skorzystać. Chodźmy - i wyszli, udając się wzdłuż jednej z pobliskich uliczek.
- Wiesz, słyszałam takie opowieści, że jeśli ktoś znajdzie się na Pokątnej o trzeciej nad ranem to istnieje szansa, że nawiedzi go tajemnicza postać... - zniżyła odrobinę głos, rozglądając się po wzniesionych dookoła kamienicach. W nocy i blasku latarni wydawały się o wiele wyższe, a ich dachy zwyczajnie stapiały się z ciemnym niebem. - Nie bywam w Londynie na tyle, by samej to testować, a teraz jest zwyczajnie za wcześnie, ale... podobno to jak spotkać sen na jawie. Jeden z tych nieprzyjemnych - mówiła, ale raczej bez większego celu, niekoniecznie chcąc znaleźć w zaczepienie, co opowiedzieć mu jakąś tam historie o której przypomniał jej otaczający ich krajobraz. Kiedy Londyn był tak skąpany w mroku, nie dziwiła się jak niestworzone legendy krążyły po jego uliczkach.
- Hmm? - mruknęła, z zainteresowaniem przenosząc spojrzenie na niego, kiedy zaczął mówić o psach, ale urwał nagle. Przez moment patrzyła na niego, aż wreszcie podążyła za jego wzrokiem, natrafiając wreszcie na ruch w bocznej uliczce. Zatrzymała się w miejscu, bo przecież jeszcze przez chwilą plotła jakieś głupotki o tym Latarniku co o nim ktoś tam szeptał, a ktoś inny mówił, że mu się to tylko wydawało. Która w ogóle była godzina? Ale szybko uświadomiła sobie, że którakolwiek by nie była, najpewniej była to jej paranoja. - Uważaj... - rzuciła za Jessiem, trochę za późno, bo ten był już parę metrów dalej. - Na siebie. - dodała cicho, przestępując z nogi na nogę. Wreszcie jednak ruszyła do przodu. Trochę wolniej niż on, trochę z ociąganiem, pewna że to na pewno było nic i zaraz ruszą dalej.
Cokolwiek czaiło się w zacienionym zaułku i zwróciło uwagę młodego mężczyzny, z każdym kolejnym krokiem zyskiwało na znajomych kształtach, okazując się wreszcie splecioną w uścisku parą. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Drugi pozwolił oszacować, że coś było chyba nie tak, bo tak jak jedna z osób stała pewnie na nogach, tak druga zdawała się wręcz słaniać na nogach, w całości wspierając na swoim towarzyszu.
- Oh... przepraszam - rzuciła, troszeczkę może zawstydzona, kiedy jednocześnie przecierała chusteczką usta, a potem i filiżankę. Szybko jednak na jej twarzy na nowo zagościł delikatny, typowy dla niej uśmiech. - Jestem przekonana, że przy odrobinie dobrej woli dałoby się ją odpowiednio oswoić. W sumie skoro Greengrasowie są w stanie porozumiewać się z Knieją, to może istnieje jakaś furtka do komunikacji z magiczną florą w ogólnym tego słowa znaczeniu - ta odrobina dobrej woli sprawiła, że już parę razy została pogryziona, posiniaczona, całkowicie spętana przez hodowane rośliny i wiele, wiele innych. Ewidentnie stała po coś innego w kolejce u Matki, kiedy rozdawali instynkt samozachowawczy.
Dopiła ostatni łyk, kiedy Kelly przeprosił ją na chwilę i oddalił się od stolika, gotowy uregulować rachunek. Sama zebrała swoje rzeczy, przerzuciła torebkę przez ramię i już była zwarta i gotowa do wyjścia.
- Spacer? Czytasz mi w myślach - uśmiechnęła się do niego wesoło. Lipiec był gorącym miesiącem, więc nie miała ze sobą niczego oprócz lekkiego, cieniutkiego sweterka, który wzięła chyba tylko dla spokoju ducha i teraz siedział gdzieś w odmętach magicznie powiększonego wnętrza torebki. - Wieczór jest taki ładny, że grzechem byłoby nie skorzystać. Chodźmy - i wyszli, udając się wzdłuż jednej z pobliskich uliczek.
- Wiesz, słyszałam takie opowieści, że jeśli ktoś znajdzie się na Pokątnej o trzeciej nad ranem to istnieje szansa, że nawiedzi go tajemnicza postać... - zniżyła odrobinę głos, rozglądając się po wzniesionych dookoła kamienicach. W nocy i blasku latarni wydawały się o wiele wyższe, a ich dachy zwyczajnie stapiały się z ciemnym niebem. - Nie bywam w Londynie na tyle, by samej to testować, a teraz jest zwyczajnie za wcześnie, ale... podobno to jak spotkać sen na jawie. Jeden z tych nieprzyjemnych - mówiła, ale raczej bez większego celu, niekoniecznie chcąc znaleźć w zaczepienie, co opowiedzieć mu jakąś tam historie o której przypomniał jej otaczający ich krajobraz. Kiedy Londyn był tak skąpany w mroku, nie dziwiła się jak niestworzone legendy krążyły po jego uliczkach.
- Hmm? - mruknęła, z zainteresowaniem przenosząc spojrzenie na niego, kiedy zaczął mówić o psach, ale urwał nagle. Przez moment patrzyła na niego, aż wreszcie podążyła za jego wzrokiem, natrafiając wreszcie na ruch w bocznej uliczce. Zatrzymała się w miejscu, bo przecież jeszcze przez chwilą plotła jakieś głupotki o tym Latarniku co o nim ktoś tam szeptał, a ktoś inny mówił, że mu się to tylko wydawało. Która w ogóle była godzina? Ale szybko uświadomiła sobie, że którakolwiek by nie była, najpewniej była to jej paranoja. - Uważaj... - rzuciła za Jessiem, trochę za późno, bo ten był już parę metrów dalej. - Na siebie. - dodała cicho, przestępując z nogi na nogę. Wreszcie jednak ruszyła do przodu. Trochę wolniej niż on, trochę z ociąganiem, pewna że to na pewno było nic i zaraz ruszą dalej.
Cokolwiek czaiło się w zacienionym zaułku i zwróciło uwagę młodego mężczyzny, z każdym kolejnym krokiem zyskiwało na znajomych kształtach, okazując się wreszcie splecioną w uścisku parą. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Drugi pozwolił oszacować, że coś było chyba nie tak, bo tak jak jedna z osób stała pewnie na nogach, tak druga zdawała się wręcz słaniać na nogach, w całości wspierając na swoim towarzyszu.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.