08.01.2023, 20:18 ✶
- Moja matka wyjechała do krewnej.
Jedna z ciotek najwyraźniej u schyłku życia zapragnęła pojednania. Pojednania, nie obejmującego jednak Mackenzie. A Olivia Greengrass, rozpaczliwie łaknąca powrotu na łono rodziny, rzuciła się na tę szansę bez choćby chwili zastanowienia.
Trochę napawało to Kenzie goryczą. Ale tylko trochę, bo święta w towarzystwie matki nigdy nie były łatwe. Właściwie te spędzone w Hogwarcie mogły być najlepszymi od dawna. Nie oznaczało to jednak, że będzie się tymi przemyśleniami dzielić. Z kimkolwiek, nie wspominając już o Theodore. Czy wszyscy Lovegoodowie zdawali się wręcz roztaczać wokół siebie pozytywną atmosferę, czy to była jakaś jego specjalna umiejętność? Mackenzie aż robiła się podejrzliwa widząc, jak bardzo był radosny. Skąd miała wiedzieć, że kogoś aż tak mógł ucieszyć widok żywej osoby? Ona do tego musiałaby chyba spędzić miesiąc zamknięta w jakiejś chacie na odludziu.
Albo dwa miesiące.
- Do marca strasznie daleko – przyznała. Oczywiście, że tęskniła za rozgrywkami. Czekała już jeśli nie na marzec, to choćby na końcówkę lutego, z nadzieją, że temperatura podniesie się na tyle, by siedzenie na miotle nie było niebezpieczne i umożliwiło jej choćby samotne treningi.
„Złoty znicz” nie próbował uciekać, zatrzepotał jedynie skrzydłami w dłoni Theodore’a. Mackenzie skierowała różdżkę na bombkę Ravenclawu, wyczarowując drugi tłuczek do kompletu. Jeżeli szło o transmutację, to był jedyny przedmiot magiczny, z którego faktycznie była dobra. Ta dziedzina magii przychodziła Mackenzie naturalnie i nie musiała się nawet do niej specjalnie uczyć. Głównie temu zawdzięczała dobre oceny z tego przedmiotu, bo w sezonie quidditchowym nie spędzała nad książkami za wiele czasu. (W efekcie zresztą sumy z ONMS, historii magii i numerologii oblała, a z OPCM zdała ledwo, ale była tym nieprzejęta. Więcej czasu na mecze.)
- Bo to jest dobra alternatywa. Do niedawna biegałam, ale teraz jest za dużo śniegu – wyjaśniła. Starała się ruszać cały rok, inaczej jeszcze kondycja fizyczna by jej spadła i miałaby problemy z odpowiednio mocnym rzucaniem kafla.
Spojrzała na Lovegooda trochę zdziwiona, ale pomyślała, że może też tęsknił za grą. Komuś takiemu jak ona nie mogło wpaść od razu do blond głowy, że ktoś mógł tak mocno tęsknić za jakimkolwiek towarzystwem.
- W porządku – zgodziła się, wzruszając ramionami. – Jeżeli masz ochotę.
Gryfonka wsunęła różdżkę do kieszeni, kończąc swoje dekoracje i obróciła się w stronę Wielkiej Sali, skąd dochodziły intensywne zapachy. Najwyraźniej uczta świąteczna już na nich czekała.
– Jeść na przykład? – zasugerowała, wskazując na drzwi do jadalni. Nie do końca mieściło się jej w głowie, że ktoś może nie wiedzieć, co robić ze sobą w czasie bez lekcji. Uwielbiała czas bez lekcji. Z drugiej strony dla niej nie było problemem, że był to też „czas bez większości ludzi dookoła”. – Spać do południa. Czytać. Napisać to paskudne wypracowanie o eliksirach zmniejszających. Pójść do Hogsmeade, McGongall mówiła, że w dni świąteczne nam wolno, jeśli zostajemy. Ulepić bałwana. Poćwiczyć, by wiosną nie zlecieć z miotły przy pierwszym powiewie wiatru. Wyjść nocą na korytarz i poszukać ukrytego pokoju na trzecim piętrze, w którym ponoć jest dziwne lustro, a przynajmniej tak zarzekała się dwa tygodnie temu Potterówna. Chociaż mogła kłamać, żeby wpakować w kłopoty Fletcherów. I jakich miejsc mam unikać? - dodała nagle, marszcząc brwi, gdy uświadomiła sobie, że to "rozkładanie łajnobomb" Lovegooda może mieć swoje konsekwencje.
@Theodore Lovegood
Jedna z ciotek najwyraźniej u schyłku życia zapragnęła pojednania. Pojednania, nie obejmującego jednak Mackenzie. A Olivia Greengrass, rozpaczliwie łaknąca powrotu na łono rodziny, rzuciła się na tę szansę bez choćby chwili zastanowienia.
Trochę napawało to Kenzie goryczą. Ale tylko trochę, bo święta w towarzystwie matki nigdy nie były łatwe. Właściwie te spędzone w Hogwarcie mogły być najlepszymi od dawna. Nie oznaczało to jednak, że będzie się tymi przemyśleniami dzielić. Z kimkolwiek, nie wspominając już o Theodore. Czy wszyscy Lovegoodowie zdawali się wręcz roztaczać wokół siebie pozytywną atmosferę, czy to była jakaś jego specjalna umiejętność? Mackenzie aż robiła się podejrzliwa widząc, jak bardzo był radosny. Skąd miała wiedzieć, że kogoś aż tak mógł ucieszyć widok żywej osoby? Ona do tego musiałaby chyba spędzić miesiąc zamknięta w jakiejś chacie na odludziu.
Albo dwa miesiące.
- Do marca strasznie daleko – przyznała. Oczywiście, że tęskniła za rozgrywkami. Czekała już jeśli nie na marzec, to choćby na końcówkę lutego, z nadzieją, że temperatura podniesie się na tyle, by siedzenie na miotle nie było niebezpieczne i umożliwiło jej choćby samotne treningi.
„Złoty znicz” nie próbował uciekać, zatrzepotał jedynie skrzydłami w dłoni Theodore’a. Mackenzie skierowała różdżkę na bombkę Ravenclawu, wyczarowując drugi tłuczek do kompletu. Jeżeli szło o transmutację, to był jedyny przedmiot magiczny, z którego faktycznie była dobra. Ta dziedzina magii przychodziła Mackenzie naturalnie i nie musiała się nawet do niej specjalnie uczyć. Głównie temu zawdzięczała dobre oceny z tego przedmiotu, bo w sezonie quidditchowym nie spędzała nad książkami za wiele czasu. (W efekcie zresztą sumy z ONMS, historii magii i numerologii oblała, a z OPCM zdała ledwo, ale była tym nieprzejęta. Więcej czasu na mecze.)
- Bo to jest dobra alternatywa. Do niedawna biegałam, ale teraz jest za dużo śniegu – wyjaśniła. Starała się ruszać cały rok, inaczej jeszcze kondycja fizyczna by jej spadła i miałaby problemy z odpowiednio mocnym rzucaniem kafla.
Spojrzała na Lovegooda trochę zdziwiona, ale pomyślała, że może też tęsknił za grą. Komuś takiemu jak ona nie mogło wpaść od razu do blond głowy, że ktoś mógł tak mocno tęsknić za jakimkolwiek towarzystwem.
- W porządku – zgodziła się, wzruszając ramionami. – Jeżeli masz ochotę.
Gryfonka wsunęła różdżkę do kieszeni, kończąc swoje dekoracje i obróciła się w stronę Wielkiej Sali, skąd dochodziły intensywne zapachy. Najwyraźniej uczta świąteczna już na nich czekała.
– Jeść na przykład? – zasugerowała, wskazując na drzwi do jadalni. Nie do końca mieściło się jej w głowie, że ktoś może nie wiedzieć, co robić ze sobą w czasie bez lekcji. Uwielbiała czas bez lekcji. Z drugiej strony dla niej nie było problemem, że był to też „czas bez większości ludzi dookoła”. – Spać do południa. Czytać. Napisać to paskudne wypracowanie o eliksirach zmniejszających. Pójść do Hogsmeade, McGongall mówiła, że w dni świąteczne nam wolno, jeśli zostajemy. Ulepić bałwana. Poćwiczyć, by wiosną nie zlecieć z miotły przy pierwszym powiewie wiatru. Wyjść nocą na korytarz i poszukać ukrytego pokoju na trzecim piętrze, w którym ponoć jest dziwne lustro, a przynajmniej tak zarzekała się dwa tygodnie temu Potterówna. Chociaż mogła kłamać, żeby wpakować w kłopoty Fletcherów. I jakich miejsc mam unikać? - dodała nagle, marszcząc brwi, gdy uświadomiła sobie, że to "rozkładanie łajnobomb" Lovegooda może mieć swoje konsekwencje.
@Theodore Lovegood