06.07.2024, 00:25 ✶
Przecież tego nie planował. Kurwa, kiedy to wszystko się zaczęło, wydawało mu się, że Bletchley zniknie z jego życia tak szybko... Alexander nigdy by się o tym nie dowiedział. Tak, okropny był z niego człowiek, skoro w ogóle tak myślał, ale niespodzianka - od zawsze miał w sobie odpowiednie ku temu pokłady plugawości. Nie zataił tego, bo w tym utonął. Naprawdę go kochał i nie zamierzał go porzucać, dostrzegał w tym wiele objawów zwyczajnego uzależnienia, ale przecież takie rzeczy mijają, kiedy się wreszcie kimś najesz i przyzwyczaisz do jego obecności.
- Tak - odpowiedział mu na pytanie. - To, co nie było w porządku to to, że nie powiedziałem ci o tym wcześniej. - Kiedy Alexander usiadł na łóżku, Flynn z niego wstał. Podniósł się po to, żeby podciągnąć do góry te cholerne spodnie i zapiąć guzik. Bardzo, ale to bardzo potrzebował stąd uciec, ale do tego potrzebował się przecież uspokoić. Flynn mógł być, kim chciał, pisać swoją historię wedle uznania. Crow nie mógł wejść do The Loft ani Rejwachu zaryczany. Jeżeli się z tym wreszcie nie ogarnie, wszyscy przestaną się go bać, a on potrzebował tego strachu - musiał odbudować dawną siatkę kontaktów, żeby uratować Laurenta i Vioricę przed tym, co mogło sięgnąć ich z Podziemi. - A bądź sobie ograniczonym dupkiem. - Pokręcił głową, siłując się z paskiem. - Co ty sobie myślisz, że nikt wcześniej nie powiedział mi o tym, jaki to wstyd iść ze mną za rękę przez ulicę zasłaniając to kurwa jakimś strachem czy coś... Nie odkryłeś Ameryki myśląc, że jestem popierdoloną, małą, marudną suką... przerośniętym dzieciakiem... - Nie mówił tego, tylko mamrotał pod nosem, wyraźnie zirytowany. Powinien iść się umyć, zamiast zakładać na siebie przepocone ubrania, nie było to jednak w jego zachowaniu absolutnie nic nowego. Nigdy nie zauważał stanu, w jakim się znajdował. - Nie odpowiadaj nic, nie chcę tego słyszeć. - Wystarczyło mu to cholerne poruszenie, bo przyznał się do ich związku swojej koleżance. Ich dzisiejsza rozmowa była potwierdzeniem wszystkiego, czego się spodziewał. Wszechświat podbił mu pieczątkę pod listą wszystkich obaw i lęków. Nie dało się go zaskoczyć - dostał potwierdzenie tego, co przewidział już dawno, teraz próbował przyjąć to z godnością. - O co ty mnie kurwa prosisz? - Podniósł z podłogi koszulkę i założył ją na siebie. Następnie podszedł do lustra i poprawił swoje włosy, otarł łzy ściekające po policzkach. Z rozczarowaniem ocenił swój dzisiejszy wygląd - w sposób oczywiście negatywny. Generalnie uważał się za kogoś o przeciętnej urodzie, ale dzisiaj prezentował się szkaradnie. - Płacz, Al. - Rzucił cicho, nie dając zapaść w pomieszczeniu ciszy. - Gdyby któreś z nas tutaj nie płakało, nie znaczyłoby to... że nigdy nic do siebie nie czuliśmy? - Oddech mu zadrżał. Machnął ręką, wciskając resztę swoich rzeczy pod łóżko i otwierając skrzypiącą okiennicę.
Wszystko w jego ciele mówiło mu, żeby odetchnął jeszcze raz. Jeszcze jeden oddech, Flynn. Jeszcze jeden oddech, może to jeszcze dało się wyklepać i zdobyć to durne wesele, którego tak bardzo chciałeś. Albo... albo przeciągnąć to. Może to był koniec, ale dało się tutaj ugrać cokolwiek chodząc na paluszkach, pograć ze sobą w chowanego... I wtedy odwrócił się w jego stronę i zobaczył go w stanie kompletnego załamania. Okej, był dupkiem, nigdy jednak nie chciał stać się potworem. Złapał się za głowę. To, co w niej słyszał, to nie była już muzyka i niespokojne głosy szepczące mu rzeczy. Te, od których obecności nie potrafił zasnąć. Teraz słyszał w niej jeszcze biały szum, piski i... Czy on kiedykolwiek będzie spokojny? Zyska kontrolę nad własnym umysłem?
- Przepraszam cię za to wszystko, co ci zrobiłem. Ja... ja tak naprawdę uważam, że jesteś bardzo dobrym człowiekiem. - Zacisnął pięść, spuszczając głowę. - Ale uczyniłem cię kimś skrajnie nieszczęśliwym i... Muszę przyznać to Bellom, oni zawsze mieli rację. - Pokręcił głową. - Nie zdechłem, jak miałem dziesięć lat, czasami boję się, że będę uprzykrzał wam życie przez następnych dziewięćdziesiąt. - I wyszedł.
Wciąż, wyjątkowo uparcie, nie zamierzał się zmieniać.
- Tak - odpowiedział mu na pytanie. - To, co nie było w porządku to to, że nie powiedziałem ci o tym wcześniej. - Kiedy Alexander usiadł na łóżku, Flynn z niego wstał. Podniósł się po to, żeby podciągnąć do góry te cholerne spodnie i zapiąć guzik. Bardzo, ale to bardzo potrzebował stąd uciec, ale do tego potrzebował się przecież uspokoić. Flynn mógł być, kim chciał, pisać swoją historię wedle uznania. Crow nie mógł wejść do The Loft ani Rejwachu zaryczany. Jeżeli się z tym wreszcie nie ogarnie, wszyscy przestaną się go bać, a on potrzebował tego strachu - musiał odbudować dawną siatkę kontaktów, żeby uratować Laurenta i Vioricę przed tym, co mogło sięgnąć ich z Podziemi. - A bądź sobie ograniczonym dupkiem. - Pokręcił głową, siłując się z paskiem. - Co ty sobie myślisz, że nikt wcześniej nie powiedział mi o tym, jaki to wstyd iść ze mną za rękę przez ulicę zasłaniając to kurwa jakimś strachem czy coś... Nie odkryłeś Ameryki myśląc, że jestem popierdoloną, małą, marudną suką... przerośniętym dzieciakiem... - Nie mówił tego, tylko mamrotał pod nosem, wyraźnie zirytowany. Powinien iść się umyć, zamiast zakładać na siebie przepocone ubrania, nie było to jednak w jego zachowaniu absolutnie nic nowego. Nigdy nie zauważał stanu, w jakim się znajdował. - Nie odpowiadaj nic, nie chcę tego słyszeć. - Wystarczyło mu to cholerne poruszenie, bo przyznał się do ich związku swojej koleżance. Ich dzisiejsza rozmowa była potwierdzeniem wszystkiego, czego się spodziewał. Wszechświat podbił mu pieczątkę pod listą wszystkich obaw i lęków. Nie dało się go zaskoczyć - dostał potwierdzenie tego, co przewidział już dawno, teraz próbował przyjąć to z godnością. - O co ty mnie kurwa prosisz? - Podniósł z podłogi koszulkę i założył ją na siebie. Następnie podszedł do lustra i poprawił swoje włosy, otarł łzy ściekające po policzkach. Z rozczarowaniem ocenił swój dzisiejszy wygląd - w sposób oczywiście negatywny. Generalnie uważał się za kogoś o przeciętnej urodzie, ale dzisiaj prezentował się szkaradnie. - Płacz, Al. - Rzucił cicho, nie dając zapaść w pomieszczeniu ciszy. - Gdyby któreś z nas tutaj nie płakało, nie znaczyłoby to... że nigdy nic do siebie nie czuliśmy? - Oddech mu zadrżał. Machnął ręką, wciskając resztę swoich rzeczy pod łóżko i otwierając skrzypiącą okiennicę.
Wszystko w jego ciele mówiło mu, żeby odetchnął jeszcze raz. Jeszcze jeden oddech, Flynn. Jeszcze jeden oddech, może to jeszcze dało się wyklepać i zdobyć to durne wesele, którego tak bardzo chciałeś. Albo... albo przeciągnąć to. Może to był koniec, ale dało się tutaj ugrać cokolwiek chodząc na paluszkach, pograć ze sobą w chowanego... I wtedy odwrócił się w jego stronę i zobaczył go w stanie kompletnego załamania. Okej, był dupkiem, nigdy jednak nie chciał stać się potworem. Złapał się za głowę. To, co w niej słyszał, to nie była już muzyka i niespokojne głosy szepczące mu rzeczy. Te, od których obecności nie potrafił zasnąć. Teraz słyszał w niej jeszcze biały szum, piski i... Czy on kiedykolwiek będzie spokojny? Zyska kontrolę nad własnym umysłem?
- Przepraszam cię za to wszystko, co ci zrobiłem. Ja... ja tak naprawdę uważam, że jesteś bardzo dobrym człowiekiem. - Zacisnął pięść, spuszczając głowę. - Ale uczyniłem cię kimś skrajnie nieszczęśliwym i... Muszę przyznać to Bellom, oni zawsze mieli rację. - Pokręcił głową. - Nie zdechłem, jak miałem dziesięć lat, czasami boję się, że będę uprzykrzał wam życie przez następnych dziewięćdziesiąt. - I wyszedł.
Wciąż, wyjątkowo uparcie, nie zamierzał się zmieniać.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.