06.07.2024, 00:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2024, 00:16 przez Eden Lestrange.)
Uważaj, czego sobie życzysz, bo może się to spełnić.
Słyszała tę maksymę wiele razy, jeszcze częściej dzieliła się nią z innymi. Zwykle tuż po tym, gdy sama przekręcała cudze słowa bez cienia skruchy, bawiąc się w semantycznego demona. Nie spodziewała się, że karma przyjdzie zebrać plon tak szybko; myślała, że skoro tyle lat płazem uchodziły jej takie zagrywki, to nigdy się to nie skończy.
Z dwojga złego, chyba lepiej umrzeć młodo. Przynajmniej nie dożyje starości i ominie ją nieprzyjemność poznania zgryźliwej wiedźmy, którą niechybnie się stanie.
Nagły upadek, zawieszenie w bezwładności - Eden krzyknęła tylko raz, kiedy nagle miotła runęła w dół. Każdy kolejny metr, który odbierała im przyciąganiem grawitacja, przebyła w dziwacznym marazmie. Przez myśl przeszło jej błaganie Millie o litość; ot, zwykły ludzki odruch, desperackie ratowanie ulatującego życia. Nie odezwała się jednak ani słowem, bo doszła do wniosku, że dziewczyna i tak obróci to przeciwko niej. Wszystkie życzenia Malfoy rzucała dosłownie na wiatr, bo porywaczka rozumiała je opacznie. Nadal nie wiedziała, czy to intencjonalne naigrywanie się, czy jawne szaleństwo - może mieszanka obydwu? Cokolwiek to nie było, Eden zdecydowała się tego nie karmić. Jeśli miała umrzeć, to umrze z resztką honoru. A potem zostanie duchem i będzie nawiedzać rodzinę tej wariatki do końca ich istnienia.
Eden jęknęła znowu, mimowolnie, choć dzielnie gryzła się w język, żeby nie unieść się gniewem i nie palnąć niczego. Miotła znowu zerwała się do góry, przecinała powietrze w kierunku kolejnego budynku. Bawi się mną, pomyślała, po czym zaśmiała się pod nosem. Miała już kilkanaście wiosen na karku, a wychowanie w domu sprawiło, że czuła się, jakby mroźnych zim przeżyła tysiąc. Niemniej nie spotkała jak dotąd kogoś, kto był w stanie wystrychnąć ją na dudka tak wiele razy w tak krótkim czasie. Ile czasu minęło, odkąd zerwały się z wieży? Pięć minut, dziesięć, piętnaście? Nawet gdyby to była godzina, Eden musiała oddać dziewczynie, że błyskawicznie zrobiła z nią, co chciała - zatargała przed bramy piekieł i zmusiła, by błagała ją o litość.
Nie przyznałaby się do tego na głos, ale było w tym coś wyzwalającego. Nie tyle swój trafiający na swego, co na kogoś mitycznie lepszego.
Gdy opadły na ziemię, w pierwszym odruchu chciała ją ucałować. Powstrzymała się, jedynie oddychając ciężko z głową spuszczoną w dół. Adrenalina powoli uchodziła z ciała, odbierając siłę w jej nogach - opadła na kolana, uderzając łagodnie o miękką trawę. Nigdy w życiu tak mocno nie drżała; czy kiedykolwiek dotąd drżała? Zaśmiała się wręcz histerycznie, patrząc na swoje roztrzęsione dłonie.
- Pewnie jesteś dumna z siebie? - Zagaiła, uśmiechając się niepokojąco. Uniosła głowę, chcąc napotkać jej spojrzenie - pragnęła dojrzeć w nim szaleństwo, żeby sobie całą tę sytuację jakoś sensownie usprawiedliwić. Wmówić sobie, że nie mogła przewidzieć zachowania kogoś, kto jest kompletnie obłąkany; że to nie jej wina. Nie mogła poukładać sobie tego wszystkiego w głowie, bo jednocześnie była wściekła, ale z drugiej strony niesłychanie podekscytowana, pełna nadziei, że to nie koniec tej nocy. Nie chciało jej się wierzyć, że zakończy się zbłaźnieniem się i wymianą słownych nieprzyjemności.
Czuła, że brakowało tu puenty.
Słyszała tę maksymę wiele razy, jeszcze częściej dzieliła się nią z innymi. Zwykle tuż po tym, gdy sama przekręcała cudze słowa bez cienia skruchy, bawiąc się w semantycznego demona. Nie spodziewała się, że karma przyjdzie zebrać plon tak szybko; myślała, że skoro tyle lat płazem uchodziły jej takie zagrywki, to nigdy się to nie skończy.
Z dwojga złego, chyba lepiej umrzeć młodo. Przynajmniej nie dożyje starości i ominie ją nieprzyjemność poznania zgryźliwej wiedźmy, którą niechybnie się stanie.
Nagły upadek, zawieszenie w bezwładności - Eden krzyknęła tylko raz, kiedy nagle miotła runęła w dół. Każdy kolejny metr, który odbierała im przyciąganiem grawitacja, przebyła w dziwacznym marazmie. Przez myśl przeszło jej błaganie Millie o litość; ot, zwykły ludzki odruch, desperackie ratowanie ulatującego życia. Nie odezwała się jednak ani słowem, bo doszła do wniosku, że dziewczyna i tak obróci to przeciwko niej. Wszystkie życzenia Malfoy rzucała dosłownie na wiatr, bo porywaczka rozumiała je opacznie. Nadal nie wiedziała, czy to intencjonalne naigrywanie się, czy jawne szaleństwo - może mieszanka obydwu? Cokolwiek to nie było, Eden zdecydowała się tego nie karmić. Jeśli miała umrzeć, to umrze z resztką honoru. A potem zostanie duchem i będzie nawiedzać rodzinę tej wariatki do końca ich istnienia.
Eden jęknęła znowu, mimowolnie, choć dzielnie gryzła się w język, żeby nie unieść się gniewem i nie palnąć niczego. Miotła znowu zerwała się do góry, przecinała powietrze w kierunku kolejnego budynku. Bawi się mną, pomyślała, po czym zaśmiała się pod nosem. Miała już kilkanaście wiosen na karku, a wychowanie w domu sprawiło, że czuła się, jakby mroźnych zim przeżyła tysiąc. Niemniej nie spotkała jak dotąd kogoś, kto był w stanie wystrychnąć ją na dudka tak wiele razy w tak krótkim czasie. Ile czasu minęło, odkąd zerwały się z wieży? Pięć minut, dziesięć, piętnaście? Nawet gdyby to była godzina, Eden musiała oddać dziewczynie, że błyskawicznie zrobiła z nią, co chciała - zatargała przed bramy piekieł i zmusiła, by błagała ją o litość.
Nie przyznałaby się do tego na głos, ale było w tym coś wyzwalającego. Nie tyle swój trafiający na swego, co na kogoś mitycznie lepszego.
Gdy opadły na ziemię, w pierwszym odruchu chciała ją ucałować. Powstrzymała się, jedynie oddychając ciężko z głową spuszczoną w dół. Adrenalina powoli uchodziła z ciała, odbierając siłę w jej nogach - opadła na kolana, uderzając łagodnie o miękką trawę. Nigdy w życiu tak mocno nie drżała; czy kiedykolwiek dotąd drżała? Zaśmiała się wręcz histerycznie, patrząc na swoje roztrzęsione dłonie.
- Pewnie jesteś dumna z siebie? - Zagaiła, uśmiechając się niepokojąco. Uniosła głowę, chcąc napotkać jej spojrzenie - pragnęła dojrzeć w nim szaleństwo, żeby sobie całą tę sytuację jakoś sensownie usprawiedliwić. Wmówić sobie, że nie mogła przewidzieć zachowania kogoś, kto jest kompletnie obłąkany; że to nie jej wina. Nie mogła poukładać sobie tego wszystkiego w głowie, bo jednocześnie była wściekła, ale z drugiej strony niesłychanie podekscytowana, pełna nadziei, że to nie koniec tej nocy. Nie chciało jej się wierzyć, że zakończy się zbłaźnieniem się i wymianą słownych nieprzyjemności.
Czuła, że brakowało tu puenty.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~