Rozmawia z Aryamanem
Dłonie obu mężczyzn zdawały się nie być skalane małżeńską biżuterią. Chociaż ministerialny trochę sugerował bliskość i przywiązanie. Ciekawe w jakim stopniu? Nie to, żeby Urlett to przeszkadzało. Poziom oddania pracy przyszłego partnera ją nie interesował.
Rodzina Gauntów była niewielka. Wręcz wymierała, nie mając męskich potomków. Ale każdy brytyjski czarodziej kojarzył to nazwisko. Najwyraźniej przybysz nie był aż tak skolonizowany, jak to się zdawało na pierwszy rzut oka.
— Jedna z najstarszych rodzin czarodziejskich o nieskazitelnym rodowodzie. Ostatnia rodzina, której genealogia sięga Salazara Slytherina, zaś o nim pan zapewne słyszał. Jeden z założycieli Hogwartu.
Nie musiała się zastanawiać, jak przedstawić swoje pochodzenie. Szept w jej głowie odezwał się od razu, po rozpoczęciu wątku. Pomimo wielkich słów, sama nie nosiła w sobie zbędnej dumy z przynależności do takiego, a nie innego rodu. Mogła być Blackiem albo Longbottomem — Urlett to obojętne. Ważne, że krew czysta. Ale głos praojca podsuwał znamienite określenia do zdobienia genealogii. Nie sprzeciwiała mu się. Nie miała nic przeciwko barwnym opisom, o ile nie były zbyt długie i rozwlekłe. Poza tym, sprzeciw spotkałby się z burzą w umyśle, a wystarczyło jej chaosu z innej rzadkiej przypadłości.
— A więc pan pochodzi z daleka, prawda? Skoro nazwisko Gaunt było panu nieznane. Czy jeśli obstawię Indie, nie będzie to zbyt banalne?