06.07.2024, 20:06 ✶
- Ciepłe okłady z mojego ciała pomogły? - Zapytał, mrugając do niego przy tym, zadziwiająco pewny siebie jak na to, że przed chwilą omal nie zginął, rozbijając się o skały. Nie, w żadnym wypadku nie był odporny na takie zdarzenia - pewnie będzie to dzisiaj wieczorem przeżywał nawet bardziej niż powinien, ale teraz próbował skupić się na czymś innym - na tym flircie chociażby, albo na pogodzie, jaka miała towarzyszyć im w locie, na tym czy na pewno nic im nie przeszkodzi... Głównie na tym pierwszym, bo to go rozluźniało i topiło mu serce, ten Wiedźmin był jego lekiem na traumę. - Skarbie, przecież ja nie muszę smarować cię niczym, żeby chcieć wylizać cię do kości. - Pewnie przesadził, ale przesada była nieodłączną częścią jego natury. - Na kolana to jest wyżej tego Limbo czy niżej? - I tak, aż się po tym zaśmiał, chociaż normalnie mówił takie rzeczy bardzo, ale to bardzo poważnym tonem. Takim ciepłym, niskim, czasami z lekką chrypką. Ale zaśmiał się też ciepło - jakby chciał wejść w ten nastrój, w ten rytm, który nakręcał innych na robienie niegrzecznych rzeczy, tylko coś go ograniczało... Tym czymś był oczywiście czas. Nieubłaganie przeciekał im przez palce, a oboje chcieli znaleźć się w tej jaskini, zanim dotrą do niej ci chcący wyrządzić tam nieodwracalne dla świata szkody.
Crow naprawdę nie bał się wysokości. Lekkość tego lotu i to, że nawet się nie wydarł, mógł faktycznie trochę zastanawiać, ale tak wiele dało się przecież zgonić na zwyczajną walkę o życie - jak to odbicie się od korzenia, wybranie go spośród wszystkich odstających elementów, jakby z jakiegoś powodu dobrze wiedział, który z nich powinien wybrać. A przecież nie wiedział. Ostatni raz wspinał się po czymkolwiek, będąc dzieciakiem z Aedirnu, dziś bliżej mu pewnie było do damy w opałach wyciągającej nagle z torebki kilka czarów, niż skocznej małpki zdolnej do tak szybkiej i trzeźwej oceny sytuacji zwisając nad przepaścią. Zrobił to jednak! I podziękował sobie w duchu. Zauważalnie, subtelnie jednak - bo największe podzięki należały się przecież silnym rękom, które wyciągnęły go z opresji i w które mógł wpaść sekundy po tym, z miną pełną wdzięczności, rozmytą narastającym w nim niepokojem. Więcej tu przecież było rzeczy do przeanalizowania niż ten korzeń i nagłe nabycie umiejętności wspinaczkowych - stały obok dwa cholerne smoki, a on wzburzony już jedną rzeczą, widząc drugą i trzecią... tak, wzburzył się jeszcze mocniej, a zawsze nawet zachowując należytą takim sytuacjom trzeźwość umysłu, zachowywał się jak kipiący garnek bez żadnej pokrywki.
- Cain, ja się chyba pieprznąłem w łeb i nawet tego nie pamiętam. - Pokręcił głową z niedowierzaniem, kiedy pełen niepokoju dźwięk skrzypiec i wiatru został zagłuszony przez czyjś głos. - A-albo zużyłem za dużo energii - dodał. Nawet gdyby była to prawda, jej zanik musiałby być chwilowy - bo te kręcone, ciemne pukle ju zdążyły się naelektryzować i unieść w górę. Wszystko, co przeżywał, co tak dogłębnie niszczyło innych, on odbierał jeszcze mocniej, jednocześnie potrafił przekuć to we własną moc. Tak, można się było po nim spodziewać naprawdę różnych reakcji na to co zastał, szczególnie przez to jak niepewną siebie pozycję przyjął, ale... Pytanie, jakie zadał, nie było ani trochę agresywne. Było dziecinne. - I co? - Spojrzał na niego, następnie znów na smoka. - Jaki one mają kolor?!
~
Crow naprawdę nie bał się wysokości. Lekkość tego lotu i to, że nawet się nie wydarł, mógł faktycznie trochę zastanawiać, ale tak wiele dało się przecież zgonić na zwyczajną walkę o życie - jak to odbicie się od korzenia, wybranie go spośród wszystkich odstających elementów, jakby z jakiegoś powodu dobrze wiedział, który z nich powinien wybrać. A przecież nie wiedział. Ostatni raz wspinał się po czymkolwiek, będąc dzieciakiem z Aedirnu, dziś bliżej mu pewnie było do damy w opałach wyciągającej nagle z torebki kilka czarów, niż skocznej małpki zdolnej do tak szybkiej i trzeźwej oceny sytuacji zwisając nad przepaścią. Zrobił to jednak! I podziękował sobie w duchu. Zauważalnie, subtelnie jednak - bo największe podzięki należały się przecież silnym rękom, które wyciągnęły go z opresji i w które mógł wpaść sekundy po tym, z miną pełną wdzięczności, rozmytą narastającym w nim niepokojem. Więcej tu przecież było rzeczy do przeanalizowania niż ten korzeń i nagłe nabycie umiejętności wspinaczkowych - stały obok dwa cholerne smoki, a on wzburzony już jedną rzeczą, widząc drugą i trzecią... tak, wzburzył się jeszcze mocniej, a zawsze nawet zachowując należytą takim sytuacjom trzeźwość umysłu, zachowywał się jak kipiący garnek bez żadnej pokrywki.
- Cain, ja się chyba pieprznąłem w łeb i nawet tego nie pamiętam. - Pokręcił głową z niedowierzaniem, kiedy pełen niepokoju dźwięk skrzypiec i wiatru został zagłuszony przez czyjś głos. - A-albo zużyłem za dużo energii - dodał. Nawet gdyby była to prawda, jej zanik musiałby być chwilowy - bo te kręcone, ciemne pukle ju zdążyły się naelektryzować i unieść w górę. Wszystko, co przeżywał, co tak dogłębnie niszczyło innych, on odbierał jeszcze mocniej, jednocześnie potrafił przekuć to we własną moc. Tak, można się było po nim spodziewać naprawdę różnych reakcji na to co zastał, szczególnie przez to jak niepewną siebie pozycję przyjął, ale... Pytanie, jakie zadał, nie było ani trochę agresywne. Było dziecinne. - I co? - Spojrzał na niego, następnie znów na smoka. - Jaki one mają kolor?!
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.