Nawet rodowa posiadłość Longbottomów miała swoje ograniczenia. Pomimo tego, że lwia część jej mieszkańców dysponowała dosyć potężną magią, tak pewnych kwestii nie dało się tak łatwo przeskoczyć. Poważna ingerencja w wewnętrzną strukturę budynku była jedną z nich, a Erik nie miał ochoty sprawdzić, jak by sobie poradził w roli maga-architekta, który wziąłby na swoje barki dobudowanie dodatkowego piętra lub wyczarowanie nowego skrzydła. Takie rzeczy lepiej było pozostawić specjalistom.
Mężczyznę nie dziwiło jednak to, że obecne pokoje mieszkalne musiały przejść lekkie zmiany. Nawet w porównaniu do zeszłego roku, w domostwie przybyło kilku nowych lokatorów, a wraz z nadejściem wiosny, a niedługo i lata, nie można było wykluczyć, że dom stanie się głównym miejscem spotkań bliższej i dalszej rodziny. Nie wspominając już o przyjaciołach, którzy będą złaknieni wiejskiej sielanki, jakiej można było doznać w Dolinie Godryka. Porównując oczywiście tutejsze widoki z tymi, które można było zaobserwować, chociażby w Londynie.
— Jak tak dalej pójdzie, to powinniśmy rozważyć wykupienie którejś działki obok. Może ktoś z sąsiadów będzie się wyprowadzał. Inaczej długo nie pociągniemy, bez generalnego rementu — skomentował, patrząc wymownie w sufit. Tak, zdecydowanie przydałyby im się jeszcze tak z dwa dodatkowe piętra. — Dobrze, że chociaż psy się odnajdują w tym wszystkim. Myślałem, że będą się bardziej bać, biorąc pod uwagę, ile ludzi tu mieszka.
Uśmiechnął się lekko, na krótką chwilę zapominając o kwestii, która go tutaj przyprowadziła. Psiska z mugolskiego schroniska dalej przystosowywały się do nowego otoczenia, jednak rezydencja raczej przypadła im do gustu i dosyć szybko znalazły swoje ulubione miejsca, gdzie mogły w spokoju odpocząć. To chyba dobry znak, pomyślał. Cieszył się, że koniec końców zdecydowali się na więcej niż jednego zwierzaka. Wprawdzie mieli przez to dwa razy więcej obowiązków, niż początkowo zakładali, jednak było warto. Erik spochmurniał nieco, gdy zorientował się, że Brenna nieoczekiwanie zamilkła. Oho.
— Owszem — potwierdził, spoglądając na siostrę z góry. Po chwili wahania dołączył do niej na podłodze, siadając ze skrzyżowanymi nogami. Położył dłonie na kolanach. — Castiel twierdzi, że od paru lat bada klątwę wilkołactwa. Jest mocno zafascynowany tymi badaniami, jeśli wiesz, co mam na myśli, ale — westchnął ciężko— nie wiem. Z jednej strony wydaje się świadomy niebezpieczeństwa i chce zebrać ekipę, która zadbałaby o różne aspekty tego przedsięwzięcia. Ale z drugiej... To nieco nieodpowiedzialne.
Nawet starcie z wilkołakiem będącym pod wpływem eliksiru tojadowego mogło w pewnych przypadkach wymknąć się spod kontroli. Badanie zdrowego wilka, w sile wieku i to nieograniczonego magicznymi miksturami było, jak proszenie się o kłopoty. To było proszenie się o kłopoty i, prawdę mówiąc, Erik dalej nie był w stanie ocenić, czy działania Flinta zakrawały na niewiarygodną wręcz odwagę i pewność siebie, czy głupotę i lekceważące podejście do swojego zdrowia i życia.
— W każdym razie, Castiel bazuje na jakichś starych dziennikach wilkołaka czy kogoś spokrewnionego z wilkołakiem. Szuka też jakiegoś zaklęcia, które miałoby pomysł w całej operacji — kontynuował.
Mówił powoli, starając się dać Brennie, jak najwięcej czasu na przetrawienie każdej kolejnej dawki informacji.
— Zanim zaczniesz na mnie krzyczeć, na nic się nie zgodziłem. Przynajmniej jeszcze nie. Powiedziałem, że najpierw chce się pozbyć jednej klątwy, a dopiero potem rozważać przeciwdziałanie kolejnej — dodał ze spokojem, chociaż ze stresu zaczął drapać materiał spodni. — Czysto teoretycznie, jego plany mają potencjał. Chyba ma nawet na oku jakąś miejscówkę, gdzie nie stanowiłbym... gdzie wilkołak nie stanowiłby zagrożenia dla osób trzecich. Wiesz, gdyby się jednak wyrwał na przebieżkę po polach i lasach.
Skrzywił się, zaciskając i rozprostowując raz po raz pięści. Od rozmowy z Castielem minęło już dobrych parę dni, ale dalej miał w głowie pustkę. Czuł, że na jego barki została rzucona odpowiedzialność, chociaż miał też prawo w każdej chwili się wycofać. Gdyby wziął w tym udział, mógłby pomóc nie tylko sobie, ale też innym wilkołakom, które były w zdecydowanie gorszej sytuacji od niego z uwagi na niestabilną sytuację finansową czy życiową. Jeśli jednak odmówi, możliwe, że Flint znajdzie kogoś, kto nie poradzi sobie z tym wyzwaniem, co sprowadzi na nich małą katastrofą. A to pewnie wywołałoby u niego wyrzuty sumienia.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞