Przez moment trwał zamrożony, ale to nie przez strach. Ten - obecny - był jedynie zastrzykiem adrenaliny, która i tak buzowała w jego krwi przez lot, przez upadek, przez to, że mieli przed sobą przepaść i jeśli stworzenie za nimi machnie znowu skrzydłami to... spadną. Oto jak skończy się ich wielka śmierć, te wszystkie przemyślenia, które mieli, te wielkie założenia i dumne oświadczenia o tym, kto pierwszy umrze, że ten się boi tak naprawdę tylko Fontaine, że... aaach. Wszystko to potrafiło być do wyjebania na kompostownik tylko dlatego, że się poślizgniesz. Flynn już to powiedział, co Cain wiedział - większość bohaterów właśnie tak, kurwa, umierała. Nikt nie pisał o tym historii, bo nie było o czym. Nudna, normalna śmierć. Stał jednak w bezruchu obawiając się, że jeśli zrobi jakikolwiek gwałtowniejszy - smok się spłoszy. A wtedy mogą mieć i tu ognisty oddech na sobie. Widział więc te elektryzujące się włosy, gdy powoli się obracał.
Przesunął się tak, żeby zasłonić swoim ciałem Flynna, ale nie zasłaniać mu poglądu na całą sytuację. I nie chciał, żeby ten miał za sobą tylko i wyłącznie skarpę - musiał mieć miejsce, żeby skoczyć w bok, gdyby coś poszło nie tak. Gapił się w górę, na górującego nad nimi malucha, którego ślepia lśniły i Cain przysiągłby, że to stworzenie się uśmiechało. Smoki w ogóle potrafią się uśmiechać? Najwyraźniej potrafią mówić, o czym Bletchley, kurwa, nie miał zielonego pojęcia.
- Chyba nie. - Odmruknął mu. - Ty też go słyszysz? - Zmienił pytanie z "a mi?" na coś minimalnie bardziej mądrego, chociaż mądry się wcale teraz nie czuł. Wręcz przeciwnie.
- Spadliście jak nieopierzone sroki z wierzby. - Prychnął smok, ewidentnie rozbawiony. Czy on w ogóle miał pojęcie, że dla człowieka taki upadek był raczej śmiertelny? Zerknął na smoka z tyłu, który wydawał się bardziej niebezpieczny od tego, który przed nimi stał. Bo obserwował. Bo słuchał. Bo nie sposób było powiedzieć, czy jest wrogo nastawiony, czy tylko ostrożny. I co może spłoszyć takiego smoka. - Mogliście się poobijać. - Smok cofnął się na tych zadnich łapach i cichutko, gładziutko oparł się też przednimi na ziemi. Dał im przestrzeń. Usiadł, owinął wokół siebie ogon.
- ... - Pytanie Flynna zbiło go z tropu. No... właśnie. Jaki mają... kolor... Czemu nie potrafił powiedzieć? Czemu wszystko było ciągle czarno-białe. - Chyba złoty. - Nie wiem! Srebrny? Szary? Kurwa! A lśniły! Lśniły w tych promieniach słońca prześlizgujących się między koronami drzew.
- Oczywiście, że złote! - Oburzył się ten z tyłu i chociaż wcześniej trwał ciągle na ugiętych łapach, tak teraz się uniósł i uniósł dumnie łeb. Urażone dziecko. - Zostaw te człowiek! Wracajmy już. Dość wycieczek do ludziów. - Smok stojący z tyłu położył po sobie uszy, spoglądając z niecierpliwością na... brata? Towarzysza?
- Jeszcze chwilaaa! - Obrócił się przodem do drugiego smoka i zrobił gładki sus w jego kierunku. Poruszał się z taką lekkością i gracją, że aż ciężko było uwierzyć, że to takie wielkie stworzenie.
- Mama będzie zła.
- Mama? - Cain powtórzył to zupełnie automatycznie.