07.07.2024, 02:48 ✶
Westchnął kiedy wreszcie udało mu się uporządkować wszystkie ulotki, które ktoś postanowił rozsypać przed Klubokawiarnią - wreszcie mógł udać się na spacer, potrzebował odwiedzić jedne sklep z mechanizmami ponieważ brakowało mu części do budowy, a te wyczarowane nie nadawały się do niczego jeśli chciał stworzyć coś stałego. Może powinien podciągnąć się z transmutacji i tworzy potrzebne rzeczy wprost ze sztabek danego metalu? To brzmi jak zadanie dla Thomasa z przyszłości.
Cały czas miał wrażenie, że fragment:
Rejestr wilkołaków nie powinien znajdować się w Wydziale Zwierząt. Nie jesteśmy zwierzętami! To ograniczenie wolności i zepchnięcie nas do roli zwierząt - NIE JESTEŚMY gorsi od czarodziejów!.
na zawsze już mu wrył się w umysł. Widział go dzisiaj już tyle razy, że mógłby go prawdopodobnie recytować bez zająknięcia nawet obudzony w nocy z głębokiego snu. Ktokolwiek wyprodukował te ulotki zapewne sam był wilkołakiem, wskazywała na to treść i forma w jakiej było to napisane - nie winił go, nikt nie lubił być krytykowany i poniżany przez cały życie. Ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że społeczeństwu daleko jest do ustępstw względem tych, którzy dotknięci są chorobą, a do tego chorobą tak niebezpieczną jak likantropia. Fakt, faktem - rejestr ten nie powinien znajdować się w Wydziale Zwierząt, skoro wilkołakami często byli czarodzieje, którzy nie byli zmiennokształtnymi od urodzenia. Wszelkie kwestie prawne bywały w tym społeczeństwie czasami jak rzucaniem grochem o ścianę - jednakże nie wydawało mu się, aby rozrzucanie ulotek miało w jakikolwiek sposób przekonać społeczeństwo. Być może ludzie zdadzą sobie sprawę z tego, jak bardzo poniżani są ci dotknięci - jak to kiedyś określiło jedno z plemion żyjących na kaukaskich stepach - ah tak pocałowani przez księżyc - iście poetycka nazwa dla likantropów.
Tka pochłonięty swoimi myślami, nie zauważył nawet, że ominął sklep do którego zmierzał a i również prawie opuścił już ulicę Pokątną. Otrząsnął się dopiero, gdy niemal wpadł na jakieś stworzenie - psa, a nawet dwa psy. PSY?! Podskoczył jak kot, który odwrócił się i zobaczył leżącego za nim ogórka. Teraz zauważył, ze był to pies i psidawek, całkiem interesująca parka.
- Przepraszam - burknął nie widząc czy bardziej do psów czy do osoby, które je na trzymał na smyczy i dopiero teraz nań spojrzał. - Och, witaj - odezwał się dostrzegając, że osoba prowadząca te dwa zwierzaki to nikt inny niż Geraldine.
Cały czas miał wrażenie, że fragment:
Rejestr wilkołaków nie powinien znajdować się w Wydziale Zwierząt. Nie jesteśmy zwierzętami! To ograniczenie wolności i zepchnięcie nas do roli zwierząt - NIE JESTEŚMY gorsi od czarodziejów!.
na zawsze już mu wrył się w umysł. Widział go dzisiaj już tyle razy, że mógłby go prawdopodobnie recytować bez zająknięcia nawet obudzony w nocy z głębokiego snu. Ktokolwiek wyprodukował te ulotki zapewne sam był wilkołakiem, wskazywała na to treść i forma w jakiej było to napisane - nie winił go, nikt nie lubił być krytykowany i poniżany przez cały życie. Ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że społeczeństwu daleko jest do ustępstw względem tych, którzy dotknięci są chorobą, a do tego chorobą tak niebezpieczną jak likantropia. Fakt, faktem - rejestr ten nie powinien znajdować się w Wydziale Zwierząt, skoro wilkołakami często byli czarodzieje, którzy nie byli zmiennokształtnymi od urodzenia. Wszelkie kwestie prawne bywały w tym społeczeństwie czasami jak rzucaniem grochem o ścianę - jednakże nie wydawało mu się, aby rozrzucanie ulotek miało w jakikolwiek sposób przekonać społeczeństwo. Być może ludzie zdadzą sobie sprawę z tego, jak bardzo poniżani są ci dotknięci - jak to kiedyś określiło jedno z plemion żyjących na kaukaskich stepach - ah tak pocałowani przez księżyc - iście poetycka nazwa dla likantropów.
Tka pochłonięty swoimi myślami, nie zauważył nawet, że ominął sklep do którego zmierzał a i również prawie opuścił już ulicę Pokątną. Otrząsnął się dopiero, gdy niemal wpadł na jakieś stworzenie - psa, a nawet dwa psy. PSY?! Podskoczył jak kot, który odwrócił się i zobaczył leżącego za nim ogórka. Teraz zauważył, ze był to pies i psidawek, całkiem interesująca parka.
- Przepraszam - burknął nie widząc czy bardziej do psów czy do osoby, które je na trzymał na smyczy i dopiero teraz nań spojrzał. - Och, witaj - odezwał się dostrzegając, że osoba prowadząca te dwa zwierzaki to nikt inny niż Geraldine.