07.07.2024, 02:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2024, 04:20 przez Jonathan Selwyn.)
Jonathan wiedział, że był uroczy. Uroczy, urokliwy, czarujący i w ogóle. Nikt nie musiał go o tym przekonywać, a jednak dla jego pijanego umysłu komplement, który padł z ust przyjaciela brzmiał zdecydowanie milej.
To było miłe. Jego słowa były miłe.
Wpatrywał się chwilę w Anthony'ego próbując zebrać myśli, tak by jak najlepiej przekazać mu to, co miał do powiedzenia.
Shafiq jednak nie patrzył mu w oczy. Dlaczego? Ah, no tak. Zapinał mu guziki. Przesunął spojrzeniem w dół na długie palce przyjaciela zwinnie naprawiające stan jego koszuli.
To też było miłe. Zaskakująco wręcz przyjemne nawet.
– Tak, tak. Oczywiście – wymamrotał, wyrwany nieco z toku swoich własnych myśli. Zaraz... O czym to on? Ah, tak. Głupoty. Wiedział, że mógł powiedzieć Anthony'emu wszystko, a on tego wysłucha. Charlotte pewnie odpowiedziałaby jakoś złośliwie, ale chyba nie tego dzisiaj potrzebował. Zresztą gdyby Charlotte tutaj była i mogła skrytykować jego gadanie, to miałby na głowie zupełnie inne problemy. Na przykład to, że byłby jej mężem. Czy chciałby być mężem Charlotte? Nie, bo kochała Neda i zasługiwała na to, aby to on był jej mężem. A on kochał, na swój przyjacielski sposób, Charlotte i chciał by była szczęśliwa. A inaczej pewnie żadne z ich nie byłoby szczęśliwe i wtedy... Ugh, akohol szumiał mu w głowie. Jeszcze raz. O czym to on? Ah, tak. Głupoty.
– Wiesz Tony... Myślałem ostatnio dużo. Nad Szeksirem, wiem szokujące. Ale... Myślałem o Romeo i Julii i tym, jaka to przedramatyzowana historia miłosna, ale że jak się popatrzył głębiej, to jest to też historia o pięknej przyjaźni. Tragicznej przyjaźni. Romeo i Merkucjo. Jeden wygnany na banicję za pomszczenie tego drugiego. Piękne prawda? ‐ Spoważniał, a nacisk na ramiona Shafiqa jedynie się zwiększył. Normalnie dramatyczne monologi w teatrze wypowiadało się w blasku światła reflektorów, ale oni trwali w ciemności jednego z korytarzu, do którego dostali się przez okno. Jeszcze przecież nie mogli pójść na scenę. Na scenie miało być śmiesznie, a Selwyn musiał najpierw wyrzucić z siebie te poważne głupoty. – I teraz... Teraz mnie posłuchaj mój drogi. Bardzo, bardzo bym nie chciałbym, aby żadne z was było dla mnie, abyś ty nie był dla mnie, pod żadnym pozorem Merkucjem, dobrze? Ani Romeem – On mógł robić skrajnie głupie rzeczy dla przyjaciół, ale oni nie. Nigdy. – Ale myślałem też o Hamlecie... I... Pamiętasz jak nazwałem cię moim Horacym? – Horacy przeżył cały ten szekspirowski armagedon. Horacy na prośbę Hamleta żył dalej, by opowiedzieć historię przyjaciela i czy właśnie na tym nie polegały przyjaźnie? By trwać wiele lat u swego boku, żartując i się wygłupiając, tylko po to by, lata później, gdy nadejdzie finał dramatu jednego z nich, okazać swoje wsparcie w tej najważniejszej chwili? Horacy i Hamlet znali się przecież lata zanim duński książe zobaczył ducha swego ojca. Czy mógł w tym szukać analogii do ich sytuacji? Że też znali się długo, jakby szukując się do tego, by pewnego dnia wspierać się w tragedii? Tragedii, która może nie była taka tragiczna, ale alkohol zdecydowanie pchał go do innych przemyśleń. – Mógłbyś mi obiecać, że tym właśnie będziesz dla mnie nie ważne co się stanie? Moim Horacym? Że nawet... Nawet, jakbym umarł, metaforycznie oczywiście i nigdy już tutaj nie wystąpił, to ty dalej będziesz? I będziesz opowiadał o twoim pięknym, wspaniałym, uroczym przyjacielu i jego historii? Proszę, przysięgnij mi, że będziesz moim Horacym, ja mogę być twoim Hamletem, lub kimkolwiek tylko zechcesz, ale ty bądź moim Horacym. Nie Hamletem, ani tym bardziej nie Merkucjem, dobrze? Bo oni nie kończą dobrze. – Zmarszczył na chwilę brwi, jakby teatralno-filozoficzny duch, który go nawiedził, właśnie opuścił jego ciało. – Ale jakbym z jakiegoś powodu umarł też naprawdę, to proszę zachowaj moją czaszkę i zrób niej rekwizyt w Hamlecie. To będzie śmieszne.
A przecież miało być śmiesznie.
To było miłe. Jego słowa były miłe.
Wpatrywał się chwilę w Anthony'ego próbując zebrać myśli, tak by jak najlepiej przekazać mu to, co miał do powiedzenia.
Shafiq jednak nie patrzył mu w oczy. Dlaczego? Ah, no tak. Zapinał mu guziki. Przesunął spojrzeniem w dół na długie palce przyjaciela zwinnie naprawiające stan jego koszuli.
To też było miłe. Zaskakująco wręcz przyjemne nawet.
– Tak, tak. Oczywiście – wymamrotał, wyrwany nieco z toku swoich własnych myśli. Zaraz... O czym to on? Ah, tak. Głupoty. Wiedział, że mógł powiedzieć Anthony'emu wszystko, a on tego wysłucha. Charlotte pewnie odpowiedziałaby jakoś złośliwie, ale chyba nie tego dzisiaj potrzebował. Zresztą gdyby Charlotte tutaj była i mogła skrytykować jego gadanie, to miałby na głowie zupełnie inne problemy. Na przykład to, że byłby jej mężem. Czy chciałby być mężem Charlotte? Nie, bo kochała Neda i zasługiwała na to, aby to on był jej mężem. A on kochał, na swój przyjacielski sposób, Charlotte i chciał by była szczęśliwa. A inaczej pewnie żadne z ich nie byłoby szczęśliwe i wtedy... Ugh, akohol szumiał mu w głowie. Jeszcze raz. O czym to on? Ah, tak. Głupoty.
– Wiesz Tony... Myślałem ostatnio dużo. Nad Szeksirem, wiem szokujące. Ale... Myślałem o Romeo i Julii i tym, jaka to przedramatyzowana historia miłosna, ale że jak się popatrzył głębiej, to jest to też historia o pięknej przyjaźni. Tragicznej przyjaźni. Romeo i Merkucjo. Jeden wygnany na banicję za pomszczenie tego drugiego. Piękne prawda? ‐ Spoważniał, a nacisk na ramiona Shafiqa jedynie się zwiększył. Normalnie dramatyczne monologi w teatrze wypowiadało się w blasku światła reflektorów, ale oni trwali w ciemności jednego z korytarzu, do którego dostali się przez okno. Jeszcze przecież nie mogli pójść na scenę. Na scenie miało być śmiesznie, a Selwyn musiał najpierw wyrzucić z siebie te poważne głupoty. – I teraz... Teraz mnie posłuchaj mój drogi. Bardzo, bardzo bym nie chciałbym, aby żadne z was było dla mnie, abyś ty nie był dla mnie, pod żadnym pozorem Merkucjem, dobrze? Ani Romeem – On mógł robić skrajnie głupie rzeczy dla przyjaciół, ale oni nie. Nigdy. – Ale myślałem też o Hamlecie... I... Pamiętasz jak nazwałem cię moim Horacym? – Horacy przeżył cały ten szekspirowski armagedon. Horacy na prośbę Hamleta żył dalej, by opowiedzieć historię przyjaciela i czy właśnie na tym nie polegały przyjaźnie? By trwać wiele lat u swego boku, żartując i się wygłupiając, tylko po to by, lata później, gdy nadejdzie finał dramatu jednego z nich, okazać swoje wsparcie w tej najważniejszej chwili? Horacy i Hamlet znali się przecież lata zanim duński książe zobaczył ducha swego ojca. Czy mógł w tym szukać analogii do ich sytuacji? Że też znali się długo, jakby szukując się do tego, by pewnego dnia wspierać się w tragedii? Tragedii, która może nie była taka tragiczna, ale alkohol zdecydowanie pchał go do innych przemyśleń. – Mógłbyś mi obiecać, że tym właśnie będziesz dla mnie nie ważne co się stanie? Moim Horacym? Że nawet... Nawet, jakbym umarł, metaforycznie oczywiście i nigdy już tutaj nie wystąpił, to ty dalej będziesz? I będziesz opowiadał o twoim pięknym, wspaniałym, uroczym przyjacielu i jego historii? Proszę, przysięgnij mi, że będziesz moim Horacym, ja mogę być twoim Hamletem, lub kimkolwiek tylko zechcesz, ale ty bądź moim Horacym. Nie Hamletem, ani tym bardziej nie Merkucjem, dobrze? Bo oni nie kończą dobrze. – Zmarszczył na chwilę brwi, jakby teatralno-filozoficzny duch, który go nawiedził, właśnie opuścił jego ciało. – Ale jakbym z jakiegoś powodu umarł też naprawdę, to proszę zachowaj moją czaszkę i zrób niej rekwizyt w Hamlecie. To będzie śmieszne.
A przecież miało być śmiesznie.