07.07.2024, 09:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2024, 10:03 przez Charlotte Kelly.)
– Jeśli nazywa mnie tak odpowiednia osoba – odparła Charlotte, a jej usta rozciągnęły się w uśmiechu.
Z czystej przekory nie zamierzała tego teraz przyznać, ale prawda była taka, że doskonale wiedziała, że miała szczęście. Chłopcy stali po jej stronie w Hogwarcie i po nim, nie zerwali znajomości, gdy zrezygnowała z pozycji i pieniędzy, jakimi mogłaby się cieszyć, żyjąc dalej pod matczynym butem, ich kontakty przetrwały nawet, gdy była parę lat po drugiej stronie oceanu i relacja ograniczała się do okazyjnych listów i okazyjnych odwiedzin, a potem spokojnie zaakceptowali to, że dopóki nie dostała fuchy w Departamencie Tajemnic była piekłem dla ich portfeli. Jeśli to nie była przyjaźń jedna na milion, to nie wiedziała, co nią było. Nie wspominała już nawet o znoszeniu jej trudnego charakteru, bo tutaj akurat obowiązywała zasada pełnej wzajemności – ona też bez mrugnięcia okiem znosiła ich charaktery, równie trudne, choć każdy na inny sposób.
*
– Ma… obsesję na moim punkcie. Wyglądasz jak ja. Powiedzą mu o tym… nie wiem, co wtedy zrobi – powiedział duch nerwowo, gdy otworzyły się przed nimi ukryte drzwi. – To przeklęte lustro… nie mogę odejść, póki ono tu jest. Skrzywdził tylu ludzi…
– Mam nadzieję, że ten artefakt jest tego wart – zamarudziła Charlotte, która może nie odczuwała większości emocji jak normalni ludzie, ale na hasło „skrzywdził tylu ludzi” odpowiedziałaby normalnie, że ona to zupełnie nie jest zainteresowana znajomością z tym panem. Nie żeby uważała, że nie da sobie rady, ale po co niepotrzebnie się narażać? Wzmianka o artefakcie działała jednak doskonale, a poza tym Jonathan ewidentnie chciał iść dalej, i oczywiste, że nie mogła pozwolić mu wpakować się w to samemu, bo na pewno zrobiłby coś głupiego. Na przykład dał się gdzieś zamknąć tutejszemu właścicielowi na rok, podczas którego miałby zdecydować, czy jest w stanie go pokochać, a jakby już odkrył, że nie może w tym czasie chodzić do teatru, rzuciłby się z jakiejś wieży z rozpaczy.
– Och, nie wiem. Musiałabym iść na randkę z jakimś Ślizgonem i porównać. Poza tym dzień się jeszcze nie skończył – skwitowała z pewnym rozbawieniem, z różdżką w ręku wchodząc do przejścia. – Fuj, nikt tu nie sprząta – westchnęła, odpalając lumos. – Prowadź, panie duch. Jak rozumiem, umawiałeś się z tutejszym właścicielem?
– Zabił mnie, gdy chciałem uciec. On…
– Nie, nie, o śmierci nie rozmawiajmy. To jakiś mafiozo, tak?
– Nie wiedziałem.
– Cóż, mroczny sekret jest podstawą każdego udanego związku – prychnęła, przemierzając korytarz. Najpierw wiódł w dół, później w górę, a wreszcie dotarli do krętych schodów. Charlotte przypominał się aż Hogwart i nocne włóczęgi w poszukiwaniu jego sekretów.
– To tutaj – szepnął duch. – Drzwi otwiera się zaklęciem. Gest alohomory, ale hasło brzmi… hasło brzmi Gionata.
– O cholera – podsumowała Kelly, drgając lekko. Nie znała może włoskiego poza podstawowymi zwrotami takimi jak „kurwa mać”, „wino poproszę”, „podwójne expresso dla mnie”, „gdzie jest toaleta” i „wypierdalaj albo zaraz połamię ci ręce”, ale nie trzeba było być poliglotą, aby zauważyć, że ta Gionata brzmi podobnie do Jonathan. To zaczynało być przerażające nawet dla niej. - Gdyby to działo się w Anglii, uznałabym, że wrabia nas w coś moja matka.
Z czystej przekory nie zamierzała tego teraz przyznać, ale prawda była taka, że doskonale wiedziała, że miała szczęście. Chłopcy stali po jej stronie w Hogwarcie i po nim, nie zerwali znajomości, gdy zrezygnowała z pozycji i pieniędzy, jakimi mogłaby się cieszyć, żyjąc dalej pod matczynym butem, ich kontakty przetrwały nawet, gdy była parę lat po drugiej stronie oceanu i relacja ograniczała się do okazyjnych listów i okazyjnych odwiedzin, a potem spokojnie zaakceptowali to, że dopóki nie dostała fuchy w Departamencie Tajemnic była piekłem dla ich portfeli. Jeśli to nie była przyjaźń jedna na milion, to nie wiedziała, co nią było. Nie wspominała już nawet o znoszeniu jej trudnego charakteru, bo tutaj akurat obowiązywała zasada pełnej wzajemności – ona też bez mrugnięcia okiem znosiła ich charaktery, równie trudne, choć każdy na inny sposób.
*
– Ma… obsesję na moim punkcie. Wyglądasz jak ja. Powiedzą mu o tym… nie wiem, co wtedy zrobi – powiedział duch nerwowo, gdy otworzyły się przed nimi ukryte drzwi. – To przeklęte lustro… nie mogę odejść, póki ono tu jest. Skrzywdził tylu ludzi…
– Mam nadzieję, że ten artefakt jest tego wart – zamarudziła Charlotte, która może nie odczuwała większości emocji jak normalni ludzie, ale na hasło „skrzywdził tylu ludzi” odpowiedziałaby normalnie, że ona to zupełnie nie jest zainteresowana znajomością z tym panem. Nie żeby uważała, że nie da sobie rady, ale po co niepotrzebnie się narażać? Wzmianka o artefakcie działała jednak doskonale, a poza tym Jonathan ewidentnie chciał iść dalej, i oczywiste, że nie mogła pozwolić mu wpakować się w to samemu, bo na pewno zrobiłby coś głupiego. Na przykład dał się gdzieś zamknąć tutejszemu właścicielowi na rok, podczas którego miałby zdecydować, czy jest w stanie go pokochać, a jakby już odkrył, że nie może w tym czasie chodzić do teatru, rzuciłby się z jakiejś wieży z rozpaczy.
– Och, nie wiem. Musiałabym iść na randkę z jakimś Ślizgonem i porównać. Poza tym dzień się jeszcze nie skończył – skwitowała z pewnym rozbawieniem, z różdżką w ręku wchodząc do przejścia. – Fuj, nikt tu nie sprząta – westchnęła, odpalając lumos. – Prowadź, panie duch. Jak rozumiem, umawiałeś się z tutejszym właścicielem?
– Zabił mnie, gdy chciałem uciec. On…
– Nie, nie, o śmierci nie rozmawiajmy. To jakiś mafiozo, tak?
– Nie wiedziałem.
– Cóż, mroczny sekret jest podstawą każdego udanego związku – prychnęła, przemierzając korytarz. Najpierw wiódł w dół, później w górę, a wreszcie dotarli do krętych schodów. Charlotte przypominał się aż Hogwart i nocne włóczęgi w poszukiwaniu jego sekretów.
– To tutaj – szepnął duch. – Drzwi otwiera się zaklęciem. Gest alohomory, ale hasło brzmi… hasło brzmi Gionata.
– O cholera – podsumowała Kelly, drgając lekko. Nie znała może włoskiego poza podstawowymi zwrotami takimi jak „kurwa mać”, „wino poproszę”, „podwójne expresso dla mnie”, „gdzie jest toaleta” i „wypierdalaj albo zaraz połamię ci ręce”, ale nie trzeba było być poliglotą, aby zauważyć, że ta Gionata brzmi podobnie do Jonathan. To zaczynało być przerażające nawet dla niej. - Gdyby to działo się w Anglii, uznałabym, że wrabia nas w coś moja matka.