07.07.2024, 17:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2024, 20:09 przez Brenna Longbottom.)
Drgnęła, gdy sięgnął po różdżkę, ale nie złapała za własną. Wątpiła mimo wszystko, by planował ją zaatakować, chociaż nie spodziewała się zaklęcia rozpraszającego.
Nie była pewna, czy odczuła ulgę, że nie zobaczyła mrocznego znaku. Niczego już nie była pewna, nie w tej chwili przynajmniej. Może i później miała się zastanowić, czy nie zrobił tego tak chętnie, bo ukrył znak inaczej, choćby pod eliksirem, kosmetykami Potterów czy dopiero planował go przyjąć, ale w tej chwili nie przyszło jej to do głowy.
– A jego nie podjęcie oznacza wspieranie tych, którzy mordują dzieci w kołyskach, bo ich krew nie jest dość czysta i ułatwienie im zabijania kolejnych – odparła cicho, bo to była sama podstawa jej jestestwa, przekonanie, że śmierciożercy nie zasługują na choćby odrobinę litości. Zabijali niewinnych ludzi tylko dla korzyści, zabawy albo ze strachu i nie było mowy, aby potrafiła coś takiego zaakceptować. A on sam mówił: nie miał wyboru. Nie ma wyboru. Jeśli nie przyznawał, że stoi po tej drugiej stronie, nawet jeżeli nie z różdżką w ręku broniąc interesów Voldemorta i niezbyt chętnie, to naprawdę nie rozumiała, co miał na myśli. – Mogłeś poprosić o pomoc. Nigdy tego nie zrobiłeś. Dalej tego nie robisz. Usprawiedliwiasz się tylko, mówiąc, że wyboru nie było, nie wiem, czy przede mną, czy przed sobą. Ale cieszę się, że przynajmniej dla nich nie zabijałeś.
Błąd, bo przecież to robił, i pewnie będzie robić znowu, ale Brenna nie miała pojęcia ani o tym, że zmusił kogoś do samobójstwa, ani o krwi, jaką pomógł przelać na stadionie quidditcha. W tej chwili była chyba zbyt zmęczona, by w ogóle wziąć to pod uwagę, że brak mrocznego znaku wcale nie oznaczał, że nie angażujesz się w ataki: zresztą wolała mu uwierzyć. Nad pewnymi rzeczami wygodniej się nie zastanawiać.
– Nie potrzebuję jej. I ty też jej nie potrzebujesz. Jeśli czegoś potrzebujesz, to robienia tego, co faktycznie chcesz – dodała, podnosząc się z krzesła i nie dotykając karty. Nie zamierzała jej ze sobą zabierać, nie chciała jej nawet dotykać, wiecznego wyrzuty sumienia, że coś najwyraźniej zrobiła bardzo nie tak, ale i nie uważała, że on powinien ją zatrzymywać. Mógł ją spalić, wyrzucić do śmieci, zostawić na ławce w Ministerstwie albo oddać losowemu dziecku, cokolwiek, byleby nie torturował sam siebie.
Bo nie miał szans i pomyślała, że chyba właśnie to chciał usłyszeć. Nie było mowy, aby Brenna poszła za kimś, kto uważał, że bycie zwolennikiem śmierciożerców to jedyny możliwy dla niego wybór. Jak on to sobie wyobrażał, miała polować na jego krewnych i przyjaciół w godzinach pracy, a potem siadać z nimi przy stole, bo skończyła dyżur i już można? Mogła mu współczuć, mogła żałować, mogłaby chcieć, żeby jego los potoczył się inaczej, ale szedł ścieżką, która prowadziła ich oboje na przeciwne strony barykady.
Drzwi zamknęły się za nią cicho.
Nie była pewna, czy odczuła ulgę, że nie zobaczyła mrocznego znaku. Niczego już nie była pewna, nie w tej chwili przynajmniej. Może i później miała się zastanowić, czy nie zrobił tego tak chętnie, bo ukrył znak inaczej, choćby pod eliksirem, kosmetykami Potterów czy dopiero planował go przyjąć, ale w tej chwili nie przyszło jej to do głowy.
– A jego nie podjęcie oznacza wspieranie tych, którzy mordują dzieci w kołyskach, bo ich krew nie jest dość czysta i ułatwienie im zabijania kolejnych – odparła cicho, bo to była sama podstawa jej jestestwa, przekonanie, że śmierciożercy nie zasługują na choćby odrobinę litości. Zabijali niewinnych ludzi tylko dla korzyści, zabawy albo ze strachu i nie było mowy, aby potrafiła coś takiego zaakceptować. A on sam mówił: nie miał wyboru. Nie ma wyboru. Jeśli nie przyznawał, że stoi po tej drugiej stronie, nawet jeżeli nie z różdżką w ręku broniąc interesów Voldemorta i niezbyt chętnie, to naprawdę nie rozumiała, co miał na myśli. – Mogłeś poprosić o pomoc. Nigdy tego nie zrobiłeś. Dalej tego nie robisz. Usprawiedliwiasz się tylko, mówiąc, że wyboru nie było, nie wiem, czy przede mną, czy przed sobą. Ale cieszę się, że przynajmniej dla nich nie zabijałeś.
Błąd, bo przecież to robił, i pewnie będzie robić znowu, ale Brenna nie miała pojęcia ani o tym, że zmusił kogoś do samobójstwa, ani o krwi, jaką pomógł przelać na stadionie quidditcha. W tej chwili była chyba zbyt zmęczona, by w ogóle wziąć to pod uwagę, że brak mrocznego znaku wcale nie oznaczał, że nie angażujesz się w ataki: zresztą wolała mu uwierzyć. Nad pewnymi rzeczami wygodniej się nie zastanawiać.
– Nie potrzebuję jej. I ty też jej nie potrzebujesz. Jeśli czegoś potrzebujesz, to robienia tego, co faktycznie chcesz – dodała, podnosząc się z krzesła i nie dotykając karty. Nie zamierzała jej ze sobą zabierać, nie chciała jej nawet dotykać, wiecznego wyrzuty sumienia, że coś najwyraźniej zrobiła bardzo nie tak, ale i nie uważała, że on powinien ją zatrzymywać. Mógł ją spalić, wyrzucić do śmieci, zostawić na ławce w Ministerstwie albo oddać losowemu dziecku, cokolwiek, byleby nie torturował sam siebie.
Bo nie miał szans i pomyślała, że chyba właśnie to chciał usłyszeć. Nie było mowy, aby Brenna poszła za kimś, kto uważał, że bycie zwolennikiem śmierciożerców to jedyny możliwy dla niego wybór. Jak on to sobie wyobrażał, miała polować na jego krewnych i przyjaciół w godzinach pracy, a potem siadać z nimi przy stole, bo skończyła dyżur i już można? Mogła mu współczuć, mogła żałować, mogłaby chcieć, żeby jego los potoczył się inaczej, ale szedł ścieżką, która prowadziła ich oboje na przeciwne strony barykady.
Drzwi zamknęły się za nią cicho.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.