07.07.2024, 19:34 ✶
Uśmiechnął się do niej serdecznie eksponując nieco pożółkłe po latach palenia tytoniu zęby.
— Noo... Samych pudełek jej nie szkoda, bo ma argument, żeby kupić nowe, ale moja mała Gerwazynko, wiesz jak to jest... Godzinami wybiera, przebiera, myśli do czego jej pasują, pod garnki dobiera - mówi sobie "o! to pomieści baranie udko, a tamto raciczki dzika w galarecie" — roześmiał się — Nie żartuję, co chwila wydaje galeony na nowe i jeszcze mnie ciąga po sklepach. Bądź więc tak dobra i oszczędź ojcu ganiania za tym... no.... palcownikiem... nie... to nie to... palistykiem... plastykiem! Mugolskie gówno, psia mać.
Wciąż się uśmiechał, ale tym razem bardziej enigmatycznie - zapewne w swoich wyobrażeniach był piękną i tajemniczą Mona Lisą, w rzeczywistości był to chytry uśmieszek godny wujka z wesela, który właśnie wyciągał zza pazuchy przemyconą flaszkę.
— A myślisz, że ja się nigdy na skurwysynów nie nadziałem? Ale tu trzeba ich sposobem, słoneczko, słuchaj... — zniżył głos do szeptu, jakby właśnie zwierzał się jej z największej tajemnic świata — Musisz mieć zawsze przygotowane pęto wędzonej kiełbasy i półlitrówkę czystej we wsiąkiewce. Jak cię kontrola łapie, to mówisz, że mandat zapłacisz od ręki i wyciągasz... No, jakie galeony do łapy też trza im dać, ale wiesz... Lepsze to, niż wpis w papierach.
Podrapał się po głowie skonsternowany. Wiedział o osobliwej przypadłości syna, czyniącej go nieco... niedysponowanym, ale w tamtym momencie nie połączył ze sobą kropek.
— A co, z tą pannicą coś nie tak? Jałowa jaka? Powinna więcej orzechów jeść, wątróbki z kurczaka, albo czereśni... Matki zapytaj, będzie wiedziała — zapytał szczerze zmartwiony i poruszony kwestią ewentualnej niepłodnością swojej przyszłej synowej. Chciał zostać dziadkiem nim całkiem mu się w głowie pomiesza i zapomni o wszystkim i pogrąży się w delirycznych fantazjach o Karen Moher. Niekiedy miewał takie krótkie przebłyski świadomości, kiedy patrzył na swoje przeorane zmarszczkami oblicze w lustrze i zastanawiał się, kiedy przestanie się rozpoznawać. A potem znów był uśmiechniętym Gerardem biegającym po rodowych lasach z kuszą.
— Rowle, Rowle... — powtarzał nazwisko, próbując wydobyć je z meandrów pamięci; wydawało się przecież znajome, a jednocześnie obce. Znał jakiegoś Rowle? A może o jakimś czytał w gazecie? Może Jennifer coś mówiła o jakiejś pani Rowle? — Ooo, to dobrze! Słuchaj, mam tyle skór w chałupie, przydałoby się coś wreszcie z nimi zrobić. Chodź, pokażę ci.
— Noo... Samych pudełek jej nie szkoda, bo ma argument, żeby kupić nowe, ale moja mała Gerwazynko, wiesz jak to jest... Godzinami wybiera, przebiera, myśli do czego jej pasują, pod garnki dobiera - mówi sobie "o! to pomieści baranie udko, a tamto raciczki dzika w galarecie" — roześmiał się — Nie żartuję, co chwila wydaje galeony na nowe i jeszcze mnie ciąga po sklepach. Bądź więc tak dobra i oszczędź ojcu ganiania za tym... no.... palcownikiem... nie... to nie to... palistykiem... plastykiem! Mugolskie gówno, psia mać.
Wciąż się uśmiechał, ale tym razem bardziej enigmatycznie - zapewne w swoich wyobrażeniach był piękną i tajemniczą Mona Lisą, w rzeczywistości był to chytry uśmieszek godny wujka z wesela, który właśnie wyciągał zza pazuchy przemyconą flaszkę.
— A myślisz, że ja się nigdy na skurwysynów nie nadziałem? Ale tu trzeba ich sposobem, słoneczko, słuchaj... — zniżył głos do szeptu, jakby właśnie zwierzał się jej z największej tajemnic świata — Musisz mieć zawsze przygotowane pęto wędzonej kiełbasy i półlitrówkę czystej we wsiąkiewce. Jak cię kontrola łapie, to mówisz, że mandat zapłacisz od ręki i wyciągasz... No, jakie galeony do łapy też trza im dać, ale wiesz... Lepsze to, niż wpis w papierach.
Podrapał się po głowie skonsternowany. Wiedział o osobliwej przypadłości syna, czyniącej go nieco... niedysponowanym, ale w tamtym momencie nie połączył ze sobą kropek.
— A co, z tą pannicą coś nie tak? Jałowa jaka? Powinna więcej orzechów jeść, wątróbki z kurczaka, albo czereśni... Matki zapytaj, będzie wiedziała — zapytał szczerze zmartwiony i poruszony kwestią ewentualnej niepłodnością swojej przyszłej synowej. Chciał zostać dziadkiem nim całkiem mu się w głowie pomiesza i zapomni o wszystkim i pogrąży się w delirycznych fantazjach o Karen Moher. Niekiedy miewał takie krótkie przebłyski świadomości, kiedy patrzył na swoje przeorane zmarszczkami oblicze w lustrze i zastanawiał się, kiedy przestanie się rozpoznawać. A potem znów był uśmiechniętym Gerardem biegającym po rodowych lasach z kuszą.
— Rowle, Rowle... — powtarzał nazwisko, próbując wydobyć je z meandrów pamięci; wydawało się przecież znajome, a jednocześnie obce. Znał jakiegoś Rowle? A może o jakimś czytał w gazecie? Może Jennifer coś mówiła o jakiejś pani Rowle? — Ooo, to dobrze! Słuchaj, mam tyle skór w chałupie, przydałoby się coś wreszcie z nimi zrobić. Chodź, pokażę ci.