07.07.2024, 23:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2024, 23:30 przez Millie Moody.)
– No kurwa jasne, że skaczę to świetna zabawa. Ale z miotłą fajniej, bo tak z samym skakaniem to jednak ostatecznie ryzyko, że Ci zaklęcie nie odpali. A jak masz miotłę to nawet możesz posmyrać witkami wodę, a jak fala Ci potem jebnie w twarz... Zobaczysz przy drugim razie, ale może... mm... może za chwile. – Entuzjazm zgasł wraz z łagodnością, jej dłoń nieprzerwanie przemierzała kosmyki włosów, palce delikatnie drapały skalp rozczesując smutne myśli.
Gdy opowiadał to jak #nikogo, jeśli chodzi o to czy jego życie jest ważne czy nie, kiwała głową ze zrozumieniem. No może Alastor by zauważył jakby umarła, ale z drugiej strony może właśnie lepiej jakby umarła, bo wtedy, nie musiałby mieć jej już na głowie. Śpiączka była straszna, podobnie jak jej niedyspozycja przez którą nie chcieli wypuścić jej z wariatkowa. Alastor gasł. Był coraz bardziej spięty, nieobecny myślami. Był czujny, czujniejszy, wietrzył spiski, niemal czekał aż Voldipoldi wskoczy przez okno i jebnie jej z avady w plecy. Tak sobie czasem myślała, gdy patrzyła w jego chmurne oblicze wodzące za nią wzrokiem. Nie chciała być ciężarem ale była.
– Luzuj pałkę, widze testrale, moja matka zdechła mi na rękach jak miałam osiem lat. – Zostawiła ją. A potem brat ją zostawił, gdy poszedł do tej jebanej szkoły. Zostawił ją w domu samą z nim. Wzdrygnęła się. Ten kutaz Black mówił, że ma jakąś nieprzepracowaną traumę z dziecinstwa, ale chuj mu do tego, podobnie z resztą jak łkającemu na jej rękach nieznajomemu. Zacisnęła usta i zabrała ręce gwałtownie.
– Dobra chuj, robimy to. Obiecałam innemu, że z nim się zajebie, jesteś kompletnie niepodobny do tamtego dupka, ale kurwa jebać to. – Wiatr szarpał notatnik, szkic dwóch kruków, jedynego wspomnienia, jedynej relacji, która zdawała jej się być udana. Zacisnęła zęby mocniej. Eden miała ją w dupie odkąd powiedziała tak temu dupkowi Lestrangowi, a może zawsze miała ją w dupie, tylko Moody była zbyt tępa, żeby przyjąć to do wiadomości. Może to wszystko było zemstą za to, że ściągnęła ją pewnego wieczoru ze szczytu wieży astronomicznej. Może.
Wściekle warknęła.
– No nie mogę kurwa z Tobą skoczyć, bo bratu obiecałam. – rzuciła z siebie gniewnie kopiąc trawę. – Pierdolone kurwa obietnice. Ja pieprze no. – westchnęła ciężko unosząc głowę w niebo, szukając jakiegoś pierdolonego omenu. Wróżenie z chmur było najlepsze. Zwłaszcza jak potem okazywało się, że tylko ona widziała niektóre kształty, które formowała rzeczywistość, jej rzeczywistość pieprzone pojebaństwo, upośledzone jasnowidzenie, którego nigdy nie miała doświadczyć.
Zmrużyła oczy. Chmura chmurą, a jakby taka była jebana pełzająca ta meteorologiczna anomalia. Robale? Chwilowe problemy? To co on jej tu z jakimiś wielkimi arkanmi życiowymi wyskakiwał, pieprzony laluś. Złociste oczy opadły na niego nieoczekiwanie jak grom, pełne oskarżenia.
– Pierdolisz mi tu jakieś farmazony, Twoje życie nie jest aż tak chujowe. Czemu mi ściemniasz chujku? – warknęła ostrzegawczo, przechodząc z jednej emocji do drugiej jak jarmarczny kalejdoskopik z trzema szkiełkami na krzyż. Czerwone czerwone i czerwone. Jak gniew, jak krew, jak jej aura gorejąca mimo otumaniających ją eliksirów. Z resztą... czy pamiętała je dzisiaj rano zażyć?
Gdy opowiadał to jak #nikogo, jeśli chodzi o to czy jego życie jest ważne czy nie, kiwała głową ze zrozumieniem. No może Alastor by zauważył jakby umarła, ale z drugiej strony może właśnie lepiej jakby umarła, bo wtedy, nie musiałby mieć jej już na głowie. Śpiączka była straszna, podobnie jak jej niedyspozycja przez którą nie chcieli wypuścić jej z wariatkowa. Alastor gasł. Był coraz bardziej spięty, nieobecny myślami. Był czujny, czujniejszy, wietrzył spiski, niemal czekał aż Voldipoldi wskoczy przez okno i jebnie jej z avady w plecy. Tak sobie czasem myślała, gdy patrzyła w jego chmurne oblicze wodzące za nią wzrokiem. Nie chciała być ciężarem ale była.
– Luzuj pałkę, widze testrale, moja matka zdechła mi na rękach jak miałam osiem lat. – Zostawiła ją. A potem brat ją zostawił, gdy poszedł do tej jebanej szkoły. Zostawił ją w domu samą z nim. Wzdrygnęła się. Ten kutaz Black mówił, że ma jakąś nieprzepracowaną traumę z dziecinstwa, ale chuj mu do tego, podobnie z resztą jak łkającemu na jej rękach nieznajomemu. Zacisnęła usta i zabrała ręce gwałtownie.
– Dobra chuj, robimy to. Obiecałam innemu, że z nim się zajebie, jesteś kompletnie niepodobny do tamtego dupka, ale kurwa jebać to. – Wiatr szarpał notatnik, szkic dwóch kruków, jedynego wspomnienia, jedynej relacji, która zdawała jej się być udana. Zacisnęła zęby mocniej. Eden miała ją w dupie odkąd powiedziała tak temu dupkowi Lestrangowi, a może zawsze miała ją w dupie, tylko Moody była zbyt tępa, żeby przyjąć to do wiadomości. Może to wszystko było zemstą za to, że ściągnęła ją pewnego wieczoru ze szczytu wieży astronomicznej. Może.
Wściekle warknęła.
– No nie mogę kurwa z Tobą skoczyć, bo bratu obiecałam. – rzuciła z siebie gniewnie kopiąc trawę. – Pierdolone kurwa obietnice. Ja pieprze no. – westchnęła ciężko unosząc głowę w niebo, szukając jakiegoś pierdolonego omenu. Wróżenie z chmur było najlepsze. Zwłaszcza jak potem okazywało się, że tylko ona widziała niektóre kształty, które formowała rzeczywistość, jej rzeczywistość pieprzone pojebaństwo, upośledzone jasnowidzenie, którego nigdy nie miała doświadczyć.
Rzut Symbol 1d258 - 65
Insekt (drobne problemy do rozwiązania)
Insekt (drobne problemy do rozwiązania)
Zmrużyła oczy. Chmura chmurą, a jakby taka była jebana pełzająca ta meteorologiczna anomalia. Robale? Chwilowe problemy? To co on jej tu z jakimiś wielkimi arkanmi życiowymi wyskakiwał, pieprzony laluś. Złociste oczy opadły na niego nieoczekiwanie jak grom, pełne oskarżenia.
– Pierdolisz mi tu jakieś farmazony, Twoje życie nie jest aż tak chujowe. Czemu mi ściemniasz chujku? – warknęła ostrzegawczo, przechodząc z jednej emocji do drugiej jak jarmarczny kalejdoskopik z trzema szkiełkami na krzyż. Czerwone czerwone i czerwone. Jak gniew, jak krew, jak jej aura gorejąca mimo otumaniających ją eliksirów. Z resztą... czy pamiętała je dzisiaj rano zażyć?