08.07.2024, 09:13 ✶
Drugim dnem historii były mordercze stokrotki i zmutowane krzaki, ale Brenna przecież niewiele mogła poradzić na to, że po Beltane rośliny jak Anglia długa i szeroka zaczynały się buntować... no nie mogła tego przewidzieć, a poza tym nikt nie zginął, więc wszystko było w porządku, tak?
Liczba kwiatów w mieszkaniu nie była żadnym zaskoczeniem, bo Victoria zawsze je kochała. Brenna nie znała się na nich na tyle, aby rozpoznać tę rzadsze czy trujące, mogła więc tylko docenić, że ładnie wyglądają i podziwiać ogrom pracy, jaki trzeba było włożyć w ich utrzymanie oraz pewnie zabezpieczenie przed kotami. Ona sama miała w pokoju raptem jedna doniczkę, a roślinki pod Warownią co najwyżej czasem pomogła pielić - na szczęście Dora, Frank i skrzatka zajmowali się nimi bardzo entuzjastycznie, więc nie miała wyrzutów sumienia z powodu własnych zaniedbań.
- Nie brzmi jak pierdoła, zwłaszcza jeśli tylko ty to słyszysz - powiedziała, pozwalając Lunie powąchać swoją dłoń, a potem sięgając, by delikatnie ja pogłaskać. Najwyraźniej Kwiatuszek była prawdziwą damą, a czarna kotka tą ciekawską. - Nie trzeba, wypiłam dziś już cztery kawy, piąta i zacznę chodzić po ścianach. Chociaż hm, może i tak będę chodzić po ścianach?
A przynajmniej po parapetach, jeszcze nie znała dobrze sytuacji i nie była pewna, jaką metodę dostania się do mieszkania Thorana Victoria chciała wybrać.
Podniosła się z podłogi, marszcząc brwi na opowieści o obalaniu rządu, tej całej perkusji i wreszcie przekleństwo. Nie że ją szokowało, sama w niektórym towarzystwie nie klęła prawie wcale, w innym jakoś odruchowo robiła to często, a na Nokturnie słyszało się różne wiązanki, ale Thoran musiał mocno zaleźć Victorii za skórę i...
- Chuj - powtórzyła za nią, nagle zagniewana. Jej zrobił tylko durny dowcip, który Brenna uznała za irytujący, nie wart jednak niepotrzebnych nerwów, ale to? Yaxleyowie byli łowcami, po cichu trudnili się kłusownictwem, w tym wypadku jednak chodziło o czyste znęcanie się i to nad cudzymi zwierzętami. Systematycznie i okrutne. W dodatku najwyraźniej obrał sobie za cel Laurenta. - Cholera, feniksa przecież nie tak łatwo dorwać, janczur też nie stał spokojnie, kiedy go przemalowywano, sprawienie, by dźwięki słyszała tylko jedna osoba też nie brzmi jak prościutkie zaklęcie, hipogryfy przecież powinny zacząć szaleć, gdy ktoś obcy się zbliży, a to wszystko razem brzmi jak jakieś szaleństwo. Tori, może jego coś opętało w to przeklęte Beltane?
Demony, doppelgangery, to nie było coś, na co Brenna mogła wpaść ot tak, ale Beltane popsuło tyle rzeczy, że wniosek nasuwał się sam. Thoran zachowywał się jak wariat i w dodatku magia, jakiej używał, nagle stała się jakoś... potężna. Nie pamiętała, aby był aż tak szalenie utalentowany.
– I jeszcze… – zawahała się nagle, ale teraz jasne było, że na włamaniu się nie skończy. Na Thorana miały kilka paragrafów i chociaż wejście do jego mieszkania pozostawało bez nakazu nielegalne, to nie można było pozwolić mu ot tak biegać na wolności. – Nie wiem, o co chodzi, bo to kurewsko dziwne, ale gdy dziś na niego wpadłam po tej długiej przerwie, zorientowałam się, że wygląda strasznie podobnie do mojego znajomego. Może nawet mignął ci na potańcówce. Jakoś nigdy nie zwracałam na to uwagi, a to samo w sobie dziwne. Trzeba uważać, żeby przypadkiem nie wepchnąć za kratki Sama za Thorana. Jego ojca… ojca Sama to znaczy… nikt nie zna. Na mój gust mogą być jakoś spokrewnieni.
Nie chciała rzucać na wyrost oskarżeń wobec istnienia nieślubnego dzieciaka Yaxleyów, ale cholera, to podobieństwo aż biło po oczach i Brenna nie chciała, aby Victoria dojrzawszy w Dolinie McGongalla się na niego rzuciła w imię Laurenta.
Liczba kwiatów w mieszkaniu nie była żadnym zaskoczeniem, bo Victoria zawsze je kochała. Brenna nie znała się na nich na tyle, aby rozpoznać tę rzadsze czy trujące, mogła więc tylko docenić, że ładnie wyglądają i podziwiać ogrom pracy, jaki trzeba było włożyć w ich utrzymanie oraz pewnie zabezpieczenie przed kotami. Ona sama miała w pokoju raptem jedna doniczkę, a roślinki pod Warownią co najwyżej czasem pomogła pielić - na szczęście Dora, Frank i skrzatka zajmowali się nimi bardzo entuzjastycznie, więc nie miała wyrzutów sumienia z powodu własnych zaniedbań.
- Nie brzmi jak pierdoła, zwłaszcza jeśli tylko ty to słyszysz - powiedziała, pozwalając Lunie powąchać swoją dłoń, a potem sięgając, by delikatnie ja pogłaskać. Najwyraźniej Kwiatuszek była prawdziwą damą, a czarna kotka tą ciekawską. - Nie trzeba, wypiłam dziś już cztery kawy, piąta i zacznę chodzić po ścianach. Chociaż hm, może i tak będę chodzić po ścianach?
A przynajmniej po parapetach, jeszcze nie znała dobrze sytuacji i nie była pewna, jaką metodę dostania się do mieszkania Thorana Victoria chciała wybrać.
Podniosła się z podłogi, marszcząc brwi na opowieści o obalaniu rządu, tej całej perkusji i wreszcie przekleństwo. Nie że ją szokowało, sama w niektórym towarzystwie nie klęła prawie wcale, w innym jakoś odruchowo robiła to często, a na Nokturnie słyszało się różne wiązanki, ale Thoran musiał mocno zaleźć Victorii za skórę i...
- Chuj - powtórzyła za nią, nagle zagniewana. Jej zrobił tylko durny dowcip, który Brenna uznała za irytujący, nie wart jednak niepotrzebnych nerwów, ale to? Yaxleyowie byli łowcami, po cichu trudnili się kłusownictwem, w tym wypadku jednak chodziło o czyste znęcanie się i to nad cudzymi zwierzętami. Systematycznie i okrutne. W dodatku najwyraźniej obrał sobie za cel Laurenta. - Cholera, feniksa przecież nie tak łatwo dorwać, janczur też nie stał spokojnie, kiedy go przemalowywano, sprawienie, by dźwięki słyszała tylko jedna osoba też nie brzmi jak prościutkie zaklęcie, hipogryfy przecież powinny zacząć szaleć, gdy ktoś obcy się zbliży, a to wszystko razem brzmi jak jakieś szaleństwo. Tori, może jego coś opętało w to przeklęte Beltane?
Demony, doppelgangery, to nie było coś, na co Brenna mogła wpaść ot tak, ale Beltane popsuło tyle rzeczy, że wniosek nasuwał się sam. Thoran zachowywał się jak wariat i w dodatku magia, jakiej używał, nagle stała się jakoś... potężna. Nie pamiętała, aby był aż tak szalenie utalentowany.
– I jeszcze… – zawahała się nagle, ale teraz jasne było, że na włamaniu się nie skończy. Na Thorana miały kilka paragrafów i chociaż wejście do jego mieszkania pozostawało bez nakazu nielegalne, to nie można było pozwolić mu ot tak biegać na wolności. – Nie wiem, o co chodzi, bo to kurewsko dziwne, ale gdy dziś na niego wpadłam po tej długiej przerwie, zorientowałam się, że wygląda strasznie podobnie do mojego znajomego. Może nawet mignął ci na potańcówce. Jakoś nigdy nie zwracałam na to uwagi, a to samo w sobie dziwne. Trzeba uważać, żeby przypadkiem nie wepchnąć za kratki Sama za Thorana. Jego ojca… ojca Sama to znaczy… nikt nie zna. Na mój gust mogą być jakoś spokrewnieni.
Nie chciała rzucać na wyrost oskarżeń wobec istnienia nieślubnego dzieciaka Yaxleyów, ale cholera, to podobieństwo aż biło po oczach i Brenna nie chciała, aby Victoria dojrzawszy w Dolinie McGongalla się na niego rzuciła w imię Laurenta.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.