08.07.2024, 18:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.08.2024, 05:34 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine była zmęczona. Zmęczenia, które ją dręczyło, nie mógł jednak ukoić sen – szałwia, by oczyścić duszę oraz umysł – nie, ono sięgało głębiej, drążąc ciało niby zgnilizna. Zmęczenie Lorraine było rojem obmierzłych czerwi żerujących na padlinie wiary. Nawet zamknąwszy oczy słyszała szum skrzydeł nowo wylęgłych much, głośniejszy od burzy, od gromu, który uderzył w Stonehedge – rozmaryn, abyście poczuli zaklętą w tych kamieniach pradawną magię – czuła pełzające po jej ciele larwy, przebijające skórę niczym łan rozkwitłych krokusów, zajadłe kwiaty, powinny mienić się szkarłatem, pomyślała wcześniej, chowając fioletowy podarek do wewnętrznej kieszeni sukni, powinny zabarwić swe płatki krwią. Zamknąwszy oczy, widziała łąkę, cały czas tę przeklętą łąkę. Widziała roziskrzone mgławicami niebo, szaleńcze gwiazdy i księżyc. Widziała też twarz Bogini, równie piękną, równie świetlistą – werbena, dla ochrony przed złymi mocami – równie przerażającą, co portret trumienny.
Czuła się tak, jakby coś w niej umarło tej nocy.
– Nie miałam różdżki – odparła zgodnie z prawdą. Wreszcie zwróciła spojrzenie na Atreusa. Źle wyglądał. Co się tam wydarzyło, tam, na Perle Morza, że wrócił tak odmieniony? Wróciła do rozcierania liści melisy w małym moździerzu, który wyjęła z jednej z dolnych szafek. Po raz pierwszy od bardzo dawna, jej szafki nie były puste, a kuchnia – całe mieszkanie zresztą – wyglądała tak, jakby ktoś się w niej zadomowił, a nie wyłącznie pomieszkiwał. – Wątpię, że dałabym radę ją powstrzymać. – Chłód zagościł w jej głosie. Skrzywiła się delikatnie, zaskoczona, próbując odsunąć się od gryzących sumienie słów Atreusa. Za kogo on ją uważał? Za kogoś dobrego, kogoś obdarzonego honorem, kogoś, kto zaryzykowałby dla byle dziewuchy własną skórą? W jego mniemaniu powinna z poświęceniem rzucić się na kapłanki i powstrzymać je od kontynuowania rytuału, a i to byłoby za mało. Była zbyt zmęczona, by się rozzłościć, zbyt zmęczona, by protestować, zbyt zmęczona, by się tłumaczyć. Wyrzuty sumienia. Miewała je często, zbyt często. Co dobrego kiedykolwiek jej przyniosły wyrzuty sumienia? Była biedna, bo miała cholerne skrupuły, i pozwalała płacić sobie przysługami, których nierzadko wcale nie odbierała, zadowalając się wdzięcznością. Tylko że wdzięczność nikogo jeszcze nie nakarmiła. Lorraine Malfoy nie była bohaterką, i nie podobało jej się, że Atreus mierzył ją swoją miarą. – Choć masz rację. Powinnam pomóc. Ale tego nie zrobiłam. Mogą mnie za to jakoś ukarać?
Największą zbrodnią, jakiej dopuściła się Agatha było to, że zawsze straszliwie fałszowała, śpiewając w chórze, ale dopóki Arcykapłanka nie zwróciła jej uwagi, zdawała się tego nie nie słyszeć.
– Nie obchodzi mnie, czy Agatha żyje, ale podoba mi się, że ciebie obchodzi jej los.
Dziwne wyznanie. Pełne sprzeczności, tak jak i sama Lorraine. Przynajmniej była szczera. Nie podobały jej się uczucia, które wzbudziły w niej słowa Atreusa. Nawet, jeśli wszystkie wrażenia przytłumione były mocą zaklęcia uspokajającego. Zamieszała w kociołku, dodając pokruszone liście melisy.
– Jedna owca to za mało, by rozpruć całun – powtórzyła słowa Isobell. Wiele razy powtarzała je tej nocy, porównując wykrzywioną gniewnie twarz Arcykapłanki do spokojnego oblicza bogini, a mroczne deklaracje, które padły w kręgu głazów – do cichej prośby o zszycie rozdartej sukni. – Mówiła, że Stonehedge niegdyś spływało krwią. Rytuał miał przywrócić kamieniom ich pradawną moc, ale te przywykły do większych ofiar niż baranek. – Bardziej krwistych, powtórzyła w myślach, gdzie odraza mieszała się z fascynacją. – Bogini o trzech twarzach miała pobłogosławić krąg i płomienie ognisk dzięki jego krwi. – Przymknęła na chwilę oczy. Bogini o trzech twarzach. Maeve, Sarah i Lorraine dostąpiły łaski poznania tylko jednej z nich. Podejrzewała, że pozostali uczestnicy rytuału musieli doświadczyć wizji Matki i Staruchy. – Rozmawiałeś z nią? Z Isobell? – Co powiedziała aurorom Arcykapłanka? Czy ona również trafiła do Lecznicy dusz?
Czuła się tak, jakby coś w niej umarło tej nocy.
– Nie miałam różdżki – odparła zgodnie z prawdą. Wreszcie zwróciła spojrzenie na Atreusa. Źle wyglądał. Co się tam wydarzyło, tam, na Perle Morza, że wrócił tak odmieniony? Wróciła do rozcierania liści melisy w małym moździerzu, który wyjęła z jednej z dolnych szafek. Po raz pierwszy od bardzo dawna, jej szafki nie były puste, a kuchnia – całe mieszkanie zresztą – wyglądała tak, jakby ktoś się w niej zadomowił, a nie wyłącznie pomieszkiwał. – Wątpię, że dałabym radę ją powstrzymać. – Chłód zagościł w jej głosie. Skrzywiła się delikatnie, zaskoczona, próbując odsunąć się od gryzących sumienie słów Atreusa. Za kogo on ją uważał? Za kogoś dobrego, kogoś obdarzonego honorem, kogoś, kto zaryzykowałby dla byle dziewuchy własną skórą? W jego mniemaniu powinna z poświęceniem rzucić się na kapłanki i powstrzymać je od kontynuowania rytuału, a i to byłoby za mało. Była zbyt zmęczona, by się rozzłościć, zbyt zmęczona, by protestować, zbyt zmęczona, by się tłumaczyć. Wyrzuty sumienia. Miewała je często, zbyt często. Co dobrego kiedykolwiek jej przyniosły wyrzuty sumienia? Była biedna, bo miała cholerne skrupuły, i pozwalała płacić sobie przysługami, których nierzadko wcale nie odbierała, zadowalając się wdzięcznością. Tylko że wdzięczność nikogo jeszcze nie nakarmiła. Lorraine Malfoy nie była bohaterką, i nie podobało jej się, że Atreus mierzył ją swoją miarą. – Choć masz rację. Powinnam pomóc. Ale tego nie zrobiłam. Mogą mnie za to jakoś ukarać?
Największą zbrodnią, jakiej dopuściła się Agatha było to, że zawsze straszliwie fałszowała, śpiewając w chórze, ale dopóki Arcykapłanka nie zwróciła jej uwagi, zdawała się tego nie nie słyszeć.
– Nie obchodzi mnie, czy Agatha żyje, ale podoba mi się, że ciebie obchodzi jej los.
Dziwne wyznanie. Pełne sprzeczności, tak jak i sama Lorraine. Przynajmniej była szczera. Nie podobały jej się uczucia, które wzbudziły w niej słowa Atreusa. Nawet, jeśli wszystkie wrażenia przytłumione były mocą zaklęcia uspokajającego. Zamieszała w kociołku, dodając pokruszone liście melisy.
– Jedna owca to za mało, by rozpruć całun – powtórzyła słowa Isobell. Wiele razy powtarzała je tej nocy, porównując wykrzywioną gniewnie twarz Arcykapłanki do spokojnego oblicza bogini, a mroczne deklaracje, które padły w kręgu głazów – do cichej prośby o zszycie rozdartej sukni. – Mówiła, że Stonehedge niegdyś spływało krwią. Rytuał miał przywrócić kamieniom ich pradawną moc, ale te przywykły do większych ofiar niż baranek. – Bardziej krwistych, powtórzyła w myślach, gdzie odraza mieszała się z fascynacją. – Bogini o trzech twarzach miała pobłogosławić krąg i płomienie ognisk dzięki jego krwi. – Przymknęła na chwilę oczy. Bogini o trzech twarzach. Maeve, Sarah i Lorraine dostąpiły łaski poznania tylko jednej z nich. Podejrzewała, że pozostali uczestnicy rytuału musieli doświadczyć wizji Matki i Staruchy. – Rozmawiałeś z nią? Z Isobell? – Co powiedziała aurorom Arcykapłanka? Czy ona również trafiła do Lecznicy dusz?