Rozmawia z Aryamanem
— Och, tak, dokładnie. — Niemal wysyczała zadowolona, że przybysz z daleka rozpoznaje bliskie jej symbole. — Salazar potrafił rozmawiać z wężami. To bardzo interesująca zdolność. Sama jej egzystencja sugeruje wyższą, niż sugerują badania, inteligencję u węży. Niektórzy sądzą, że to tylko legenda, ale udokumentowano istnienie potomków, którzy również posiadali tą zdolność. Mi niestety nie udało się nawiązać kontaktu z gadami, a szkoda.
Skinęła entuzjastycznie głową, gdy wspomniał o kastach.
— Jakże to wygodne. Skoro ludzie zdecydowali już na podział społeczeństwa, to czemu wszędzie nie wprowadzono jednolitego i jasnego systemu? Zazdroszczę panu życia w tak uporządkowanym narodzie... Zastanawia mnie tylko, jak liczna jest pańska kasta, to znaczy jaką różnorodność genetyczną oferuje. Pańska przypadłość nie zwiastuje dobrych odpowiedzi na to pytanie, chociaż może się mylę i smocza łuska jest rzadkością w Indiach?
Aryaman nie mógłby się doszukać miękkości w materii Urlett. Była splotem chłodnych metali, drobnych zębatek o nieskończonych obrotach. Oczy obserwatora, jednocześnie były oczami drapieżnika, niemal jak odbicie lustrzane jego własnych. Mógł dostrzec, że coś tu nie pasowało, to nie była kobieta salonów, zbyt surowa w podejmowanych tematach, zbyt spieszna w wypowiadanych słowach, bezpośrednia niczym lekarz pierwszego kontaktu. Falbanki na jej szacie były jednocześnie wabikiem i kamuflażem, skrywającym misternie tkaną pajęczynę. Ale nie była jedną z dystyngowanych harpii, co wiecznie knuły spiski i wzburzały skandale. W tej skomplikowanej materii kryła się jakaś banalna prostota celu.
Skupiona na rozmówcy, nie zwróciła uwagi na przebywającego w pobliżu Alexandra, ale noc była jeszcze młoda. Czarodziej ciągle miał szanse wpaść w jej sidła.