09.07.2024, 00:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.07.2024, 21:52 przez Jonathan Selwyn.)
Jonathan odwzajemnił uśmiech i już miał coś jeszcze dodać, pewnie nieszczególnie mądrego, ale wtedy przypomniał sobie, że czekał na nich duch z całkiem ważną sprawą.
Spokojnie mój drogi – zapewnił ducha, bo na razie to ten martwy uczestnik ich randki, wydawał się najbardziej zaniepokojony tą całą sytuacją. – Jestem pewny, że radziliśmy sobie z gorszymi rzeczami. I artefaktami. A przynajmniej ja. – Tu zerknął na Lottie, nieco zaczepnie, czekając aż coś mu na to odpowie. Było to dziwne, ale chyba z jakiegoś powodu trochę liczył na to, że zaimponuje duchowi. I to wcale nie dlatego, że wyglądał, jak nieco mniej urokliwa wersja jego samego.
– Pamiętaj, że jeśli artefakt nie okaże się wystarczająco ciekawy, to na całe szczęście masz na wyciągnięcie ręki najbardziej fascynującą osobowość całego Ministerstwa Magii – rzucił nieco ciszej w stronę przyjaciółki, wciąż głupio zadowolony z tej całej sytuacji, ale jego uśmiech szybko przybrał formę szczerego oburzenia.
Dzień się jeszcze nie skończył! Oferował jej wybitną operę w towarzystwie wybitnego czarodzieja i wybitną kolację, okraszoną przygodą, a ta zamiast przyznać mu rację, stwierdziła, że dzień się jeszcze nie skończył! I co to miało znaczyć? Miał jeszcze jej sonet zagrać? Na całe szczęście to oburzenie szybko mu minęło.
– Mówisz? – spytał, bo to brzmiało, jak porada związkowa, której mogłaby udzielić jedynie pracująca w Departamencie Tajemnic Charlotte Kelly. Może rzeczywiście, przynajmniej według tej logiki, by do siebie pasowali. Każde z nich miało przecież swoje sekrety. On, zarówno te związane z Zakonem, jak i pewnym wampirem, a ona... Kto wie, co robiła w swojej pracy i czy przypadkiem kogoś kiedyś nie zabiła? Czy powinien tak swobodbnie podchodzić do tej myśli? Chyba nie, ale jakoś nie czuł nawet lekkiego przerażenia na tę myśl.
Lekkie przerażenie poczuł dopiero, gdy usłyszał, jakie hasło otwiera drzwi. Tak, jemu też coraz mniej przestawało się to podobać.
– Gionata – wypowiedział głośno wraz z odpowiednim gestem, próbując nie dać po sobie poznać, że sam się zaczyna stresować, a gdy drzwi się uchyliły, spojrzał na Lottie, jakby nigdy nic, i strzepnął z jej ramienia jakiś paproch, który musiał zaatakować ją w tym obskurnym korytarzu. – Byłoby to nieco ironiczne, nie sądzisz? Ty wkręcasz ją w naszą randkę, chociaż nie ma jej w kraju, a to ona cały czas wrabiałaby w coś nas.
Wnętrze, do którego weszli, on oczywiście pierwszy, było... I w tym momencie poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. To była piwnica, ale nie byle jaka. Zdecydowanie tak luksusowa, jak willa, w której się znajdowali i tak niepokojąca, jak najwyraźniej obsesja jej właściciela.
Na pierwszy rzut oka nie wyglądało to tak źle. Skąpane w filoletowo-granatowym świetle pomieszczenie z kanapą, barkiem i jakimiś pasami rzuconymi w kąt (co kto lubil) nie wyglądało jakoś strasznie niepokojąco, gdyby nie to, że...
– Lottie. Miałaś rację. Chodźmy stąd. Nie warto – wyszeptał przez ściśnięte gardło, widząc, jak na jednej ze ścian wisi portret zamordowanego, udekorowany artystycznymi pociągnięciami czerwonej farby imitującymi ściekającą mu z serca krew. Pod spodem stał niewielki stolik, niczym ołtarzyk, obłożony różnym przedmiotami, prawdopodobnie należącymi do zmarłego i... I róże. Wazon z tymi cholernymi kwiatami. Jonathan mocno złapał dłoń Charlotte drzącą rękę i spróbował razem z nią cofnąć się do przejścia, potrącając przy tym kolejny wazon, tym razem pusty, ktory rozbił sie na tysiąc kawałków. Ta obsesja... Ten zapach. Nie. To było za dużo. To zdecydowanie sprawiało, że myślał o rzeczach, o których nie chciał myśleć.
– Nie możecie teraz wyjść – zaprotestował duch. – Lustro jest tutaj – wskazał okryty bordowym materiałem przedmiot, ale Jonathan nieszczególnie go słuchał.
***
Spokojnie mój drogi – zapewnił ducha, bo na razie to ten martwy uczestnik ich randki, wydawał się najbardziej zaniepokojony tą całą sytuacją. – Jestem pewny, że radziliśmy sobie z gorszymi rzeczami. I artefaktami. A przynajmniej ja. – Tu zerknął na Lottie, nieco zaczepnie, czekając aż coś mu na to odpowie. Było to dziwne, ale chyba z jakiegoś powodu trochę liczył na to, że zaimponuje duchowi. I to wcale nie dlatego, że wyglądał, jak nieco mniej urokliwa wersja jego samego.
– Pamiętaj, że jeśli artefakt nie okaże się wystarczająco ciekawy, to na całe szczęście masz na wyciągnięcie ręki najbardziej fascynującą osobowość całego Ministerstwa Magii – rzucił nieco ciszej w stronę przyjaciółki, wciąż głupio zadowolony z tej całej sytuacji, ale jego uśmiech szybko przybrał formę szczerego oburzenia.
Dzień się jeszcze nie skończył! Oferował jej wybitną operę w towarzystwie wybitnego czarodzieja i wybitną kolację, okraszoną przygodą, a ta zamiast przyznać mu rację, stwierdziła, że dzień się jeszcze nie skończył! I co to miało znaczyć? Miał jeszcze jej sonet zagrać? Na całe szczęście to oburzenie szybko mu minęło.
– Mówisz? – spytał, bo to brzmiało, jak porada związkowa, której mogłaby udzielić jedynie pracująca w Departamencie Tajemnic Charlotte Kelly. Może rzeczywiście, przynajmniej według tej logiki, by do siebie pasowali. Każde z nich miało przecież swoje sekrety. On, zarówno te związane z Zakonem, jak i pewnym wampirem, a ona... Kto wie, co robiła w swojej pracy i czy przypadkiem kogoś kiedyś nie zabiła? Czy powinien tak swobodbnie podchodzić do tej myśli? Chyba nie, ale jakoś nie czuł nawet lekkiego przerażenia na tę myśl.
Lekkie przerażenie poczuł dopiero, gdy usłyszał, jakie hasło otwiera drzwi. Tak, jemu też coraz mniej przestawało się to podobać.
– Gionata – wypowiedział głośno wraz z odpowiednim gestem, próbując nie dać po sobie poznać, że sam się zaczyna stresować, a gdy drzwi się uchyliły, spojrzał na Lottie, jakby nigdy nic, i strzepnął z jej ramienia jakiś paproch, który musiał zaatakować ją w tym obskurnym korytarzu. – Byłoby to nieco ironiczne, nie sądzisz? Ty wkręcasz ją w naszą randkę, chociaż nie ma jej w kraju, a to ona cały czas wrabiałaby w coś nas.
Wnętrze, do którego weszli, on oczywiście pierwszy, było... I w tym momencie poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. To była piwnica, ale nie byle jaka. Zdecydowanie tak luksusowa, jak willa, w której się znajdowali i tak niepokojąca, jak najwyraźniej obsesja jej właściciela.
Na pierwszy rzut oka nie wyglądało to tak źle. Skąpane w filoletowo-granatowym świetle pomieszczenie z kanapą, barkiem i jakimiś pasami rzuconymi w kąt (co kto lubil) nie wyglądało jakoś strasznie niepokojąco, gdyby nie to, że...
– Lottie. Miałaś rację. Chodźmy stąd. Nie warto – wyszeptał przez ściśnięte gardło, widząc, jak na jednej ze ścian wisi portret zamordowanego, udekorowany artystycznymi pociągnięciami czerwonej farby imitującymi ściekającą mu z serca krew. Pod spodem stał niewielki stolik, niczym ołtarzyk, obłożony różnym przedmiotami, prawdopodobnie należącymi do zmarłego i... I róże. Wazon z tymi cholernymi kwiatami. Jonathan mocno złapał dłoń Charlotte drzącą rękę i spróbował razem z nią cofnąć się do przejścia, potrącając przy tym kolejny wazon, tym razem pusty, ktory rozbił sie na tysiąc kawałków. Ta obsesja... Ten zapach. Nie. To było za dużo. To zdecydowanie sprawiało, że myślał o rzeczach, o których nie chciał myśleć.
– Nie możecie teraz wyjść – zaprotestował duch. – Lustro jest tutaj – wskazał okryty bordowym materiałem przedmiot, ale Jonathan nieszczególnie go słuchał.