09.07.2024, 00:53 ✶
Jem tort. Patrzę, myślę, rozmawiam z Lyssą i proponuję jej taniec.
To pewnie dalej była wina tortu o smaku malinowym, ale zamiast doszukiwać się w słowach Lyssy jakiegoś niezamierzonego przytyku, Ulysses po prostu się uśmiechnął. Słabo, trochę nienaturalnie, bo nie był szczególnie nawykły do śmiania się, ale tym razem zupełnie szczerze, kompletnie nieprzygotowany na wysłuchiwanie komplementów dotyczących… w zasadzie w ogóle jego dotyczących.
Rookwood nawykł do świadomości, że był dziwny. Nawet mu to nie przeszkadzało. Nie aż tak jak w czasach, gdy chodził do Hogwartu i kiedy za wszelką cenę próbował się dopasować, ale był zbyt inny (w złym tego słowa znaczeniu), by mogło mu się to udać.
- Chyba chciałbym zobaczyć ten obraz – odpowiedział w końcu. Nie po to, by przekonać się, czy jego oczy rzeczywiście były podobne do opisu, ale raczej, w bardzo, bardzo, zawoalowany sposób proponując Lyssie spotkanie (choć nawet nie wiedział, gdzie mieliby się spotkać – w mugolskiej galerii sztuki?). – Patrzenie na świat inaczej, rzeczywiście brzmi jak ja. Ale… ale skoro też masz Milforda, to sama też dostrzegasz wszystko wyraźniej od innych – zauważył.
Chwilę obserwował jak bawiła się włosami. Naprawdę miała je ładne. I już nawet nie tylko dlatego, że w ich kolorze zawierało się jej całe podobieństwo do Danielle. Przeniósł wzrok w stronę Perseusa i Vespery. Przyglądał się im, zastanawiając czy mieli szansę na szczęśliwe zakończenie. Może tak, skoro to był pierwszy wybór jego siostry. Raczej nie, bo historia lubiła zataczać koło.
Zamrugał, znowu skupiając się na jedzeniu tortu i na stojącej obok Lyssie. Ciekawe, co widziała, gdy na nich patrzyła. Tak bez kontekstu, bez wiedzy o ciąży, o prędkim rozwodzie pana młodego i o podwójnym, celowym wdowieństwie panny młodej.
- Czerp garściami to, co daje ci życie – przeczytał, pokazując swojej towarzyszce wróżbę z ciasteczka. – Zdaje mi się, że los popycha mnie, bym zaprosił cię do tańca. A więc… czy miałabyś ochotę?
Popychał go też do zapytania jej jak właściwie miała na imię. Z boku pewnie wyglądałoby to dość zabawnie, że zdążyli się dwa razy pokłócić i nawet się sobie nie przedstawili.