09.07.2024, 11:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.07.2024, 11:06 przez Millie Moody.)
Cień przeszłości zdobił twarz Mildred Moody lepiej niż kosmetyki Potterów. Wchodził głębiej w skórę, ostrzył kości policzkowe, nadawał oczom innego blasku. Eden mogła przejrzeć się w tych oczach, jakże mogłaby pomylić je z czyimikolwiek innymi. Nie zgadzało się wiele rzeczy, łącznie z wzrostem, pozostające w chaosie włosy teraz ulizane, ciało odsłonięte, choć zakryte doskonale skrojoną suknią. Nie było pioruna zdobiącego plecy, nie było wulgarności w gestach, słowach, napisach na tanich ciuchach, wyglądających tak, jakby wyciągnęła je ze śmietnika lub szafy starszego brata.
Ale oczy nie dało się podrobić, nie dało zmienić, twarzy, która teraz spoglądała na Eden w napięciu.
Chciała wyjść. Chciała stąd uciec, punkt po punkcie to wesele okazywało się coraz większą tragikomedią, koszmarem z którego nie mogła się obudzić. Spełnieniem snów i zrujnowaniem ich punkt po punkcie, konsekwentnie punktującym jej życiowe wybory. Peregrinus miał racje, cały ten jebany tarot, który miał być miły. Siedem kielichów, tym przecież była, a w każdym z nich obietnica i przekleństwo. Teraz mogła zajrzeć do złocistego pucharu zdobionego w dwa kroki splecione w powietrznym tańcu, a może w walce o ochłap szczęścia?
Nie chciała z nią rozmawiać. Ostatnim razem odezwała się do niej w dniu, w którym Eden pokazała jej zaręczynowy pierścionek. W sumie to nie była rozmowa, to był krzyk zranionego serca. Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że po latach miałyby znowu szansę, mogłyby znowu spróbować, nie chciała, ale robiła to każdy jeden raz gdy pukała do okna zamkniętej w najwyższej komnacie księżniczki złożonej klątwą, nie chciała, ale robiła to każdy jeden raz pozostawiając na jej czole pocałunek przed wyjściem. To nie Eden ją zdradziła. To ona sama była wieżą, chciała sięgnąć gwiazd, więc spadła z niej boleśnie w dniu zaręczyn swojej byłej kochanki.
– Podobam Ci się taka? – zapytała dziwnie zmieniony głosem zachrypniętym od wszystkich emocji, które starała się jej przekazać w okazjonalnych akwarelach przesyłanych w chwili słabości. Czy była to najważniejsza rzecz? Najważniejsze pytanie, jakie mogła zadać jej po tym czasie? Tak, leżała nieprzytomna, tak, każdego dnia musiała się przekonywać samą siebie, żeby dotrzymywać obietnicy złożonej bratu i żyć dalej. Postąpiła krok bliżej Eden, infekując jej oddech własną aksamitną wonią białej magnolii otoczonej aksamitem piżma. I tylko gorzka neroli przełamywała tę słodycz. Neroli gorzka jak tęsknota, którą widać było w każdym geście kobiety.
Jakże słodko-gorzka była wróżba jej udawanego małżonka, który sądził, że szóstką mieczy wypominać jej będzie dostrzeżonego w przyszłości Moody'ego. Szóstka mieczy to karta przeszłości, bagażu emocjonalnego, który pozostawiasz za sobą chroniony mieczami rozsądku, albo też toniesz, wypadasz z łódki i dajesz się porwać nurtowi rzeki, do której wchodzisz drugi raz. Trzeci raz... Kolejny raz...
Ale oczy nie dało się podrobić, nie dało zmienić, twarzy, która teraz spoglądała na Eden w napięciu.
Chciała wyjść. Chciała stąd uciec, punkt po punkcie to wesele okazywało się coraz większą tragikomedią, koszmarem z którego nie mogła się obudzić. Spełnieniem snów i zrujnowaniem ich punkt po punkcie, konsekwentnie punktującym jej życiowe wybory. Peregrinus miał racje, cały ten jebany tarot, który miał być miły. Siedem kielichów, tym przecież była, a w każdym z nich obietnica i przekleństwo. Teraz mogła zajrzeć do złocistego pucharu zdobionego w dwa kroki splecione w powietrznym tańcu, a może w walce o ochłap szczęścia?
Nie chciała z nią rozmawiać. Ostatnim razem odezwała się do niej w dniu, w którym Eden pokazała jej zaręczynowy pierścionek. W sumie to nie była rozmowa, to był krzyk zranionego serca. Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że po latach miałyby znowu szansę, mogłyby znowu spróbować, nie chciała, ale robiła to każdy jeden raz gdy pukała do okna zamkniętej w najwyższej komnacie księżniczki złożonej klątwą, nie chciała, ale robiła to każdy jeden raz pozostawiając na jej czole pocałunek przed wyjściem. To nie Eden ją zdradziła. To ona sama była wieżą, chciała sięgnąć gwiazd, więc spadła z niej boleśnie w dniu zaręczyn swojej byłej kochanki.
– Podobam Ci się taka? – zapytała dziwnie zmieniony głosem zachrypniętym od wszystkich emocji, które starała się jej przekazać w okazjonalnych akwarelach przesyłanych w chwili słabości. Czy była to najważniejsza rzecz? Najważniejsze pytanie, jakie mogła zadać jej po tym czasie? Tak, leżała nieprzytomna, tak, każdego dnia musiała się przekonywać samą siebie, żeby dotrzymywać obietnicy złożonej bratu i żyć dalej. Postąpiła krok bliżej Eden, infekując jej oddech własną aksamitną wonią białej magnolii otoczonej aksamitem piżma. I tylko gorzka neroli przełamywała tę słodycz. Neroli gorzka jak tęsknota, którą widać było w każdym geście kobiety.
Jakże słodko-gorzka była wróżba jej udawanego małżonka, który sądził, że szóstką mieczy wypominać jej będzie dostrzeżonego w przyszłości Moody'ego. Szóstka mieczy to karta przeszłości, bagażu emocjonalnego, który pozostawiasz za sobą chroniony mieczami rozsądku, albo też toniesz, wypadasz z łódki i dajesz się porwać nurtowi rzeki, do której wchodzisz drugi raz. Trzeci raz... Kolejny raz...