Odporność na ból Laurenta była znikoma, a nawet zerowa. Potrafił jojczeć nad byle zadrapaniem, a większa ilość krwi już powodowała, że było mu niedobrze... MNIEJSZA ilość krwi. Od tej większej to już w ogóle potrafił zacząć pływać. To nie tyle upływ krwi, ile zmęczenie organizmu nadwyrężone podzieleniem się energią z Erikiem Longbottomem, słabość ogólna jego organizmu, plus bycie księżniczką. Nie oszukujmy się - młody Prewett był królewną, która lepiej się czuła leżąc na łożu z płatkami róż niż biegając po jakichś przeklętych statkach pełnych inferiusów. A jednak zamiast na takim królewskim łożu - biegał właśnie tam. Własny komfort potrafił być całkowicie niepomierną sprawą, kiedy przychodziło do celów znacznie wyższych. Instynkt przetrwania, który wklepany był w ludzką naturę, zwodniczo podpisywał się pod nazwiskiem Laurenta i niekoniecznie kroczył razem z nim, a obok. Czasem się odzywał. Czasem doradzał dobrze. Ale zbyt często milczał. Powinien przecież od samej podstawy wymusić na Laurencie trzymania się z daleka od morza, skoro jego zew był tak silny.
Nie miał gorączki, wręcz był wychłodzony od lodowatej wody i długości przebywania w niej, potem od lotu aż tutaj, kiedy nie przeszło mu przez głowę wysuszenie się zaklęciem. Albo raczej - przeszło, ale ta czynność zdawała się kolosalnym wysiłkiem przy ewentualności, że różdżka może się wyślizgnąć ze skostniałych palców i jeszcze poleci w dół, bogowie wiedzą, gdzie. Pokiwał twierdząco głową w potwierdzeniu, że tak - to Morze go wzywało. Matka Woda, z której łona narodziło się wszelkie życie. I choćby chciał to nie potrafił powiedzieć, czy wszystkie selkie to słyszały, czy może on miał jakieś urojenia od początku swojego życia. Jak dotąd - nie było to groźne. Choć to nie Morze, koniec końców, go zdradziło, a sama Perła Morza - przeklęty statek, który uwięził wielu takich, jak on. Wystarczyło tylko spojrzeć na trupy, które pływały po tej ruinie. Na samo wspomnienie chciało mu się wymiotować.
Wyciągnął perłę z kieszeni i położył ją na stolik. Duża, piękna perła, musiała być sama w sobie warta fortunę. Przyjął wszystko, co tylko mężczyźni mu dali do wypicia bez żadnego słowa skargi. Czasami chociaż mógł cicho ponarzekać, że niedobre, że nie potrzebuje, ale teraz ni w głowie mu to było.
- Tak. - Kiwał znowu twierdząco głową. - Nawet obscurus się pojawił. Ugh... - Czego tam nie było... cała kolekcja śmierci, zgnilizny i okropieństw zapisanych tragiczną historią. - Statek od lat... więził ludzi. I zabijał ich. - Albo nawet od dziesięcioleci. - Nic mi nie będzie. Odpocznę i nic mi nie będzie. - Zapewnił Icarusa, który mówić coś o... coś o szkockiej? Wtedy na pewno by odpłynął! A odpłynięcie na pewno pomogłoby na ból. - Icarusie... co z Michaelem? - Abraksan odleciał, żeby nie robić widowiska.