09.07.2024, 16:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.07.2024, 21:52 przez Jonathan Selwyn.)
Ah, Francesca Mindgen, kiedy już myślał, że jej zauroczenie, nieco się uspokoiło (bo bądźmy szczerzy, Jonathan był zdania, że nikt nigdy nie byłby się w stanie całkowicie wyleczyć z uczuć pod adresem jego skromnej osoby), ta po jego "ślubie" z Lottie, wysłała mu list, że skoro znowu jest wolny, a pewnie ma teraz problemy z rodziną, to ona jest chętna do tego, by wyjść za niego i też uciec za morze. Wysłała mu nawet obrączkę, która jednak była tak kiczowata, że od razu ją jej odesłał.
– Obawiam się, il mio fuoco dell'inferno, że historie o niektórych artefaktach, opowiada się znacznie przyjemniej w nieco innych warunkach – odpowiedział, szczerząc do niej idealnie białe zęby, próbując przypomnieć sobie, czy rzeczywiście miał jakieś przygody z artefaktami, o których mógłby jej opowiedzieć.
Duch, chyba nie był szczególnie zachwycony, albo po prostu strasznie się temu dziwił, z powodu ich słownych przepychanek, ale Jonathan nie zwracał na to uwagi. On już i tak nie żył, niech się da bawić żywym.
Bycie wampirem... Grunt, że nie powiedziała, bycie z wampirem. Selwyn zerknął na pierś ducha i skinął głową. Tak, zdecydowanie Persephone Crouch, nie wspierałaby tego typu metod zabijania. Czy to było w ogóle taktowne? Dyskutować tak na temat śmierci, sunącego obok nich mężczyzny?
Na Merlina, znowu ktoś miał na jego punkcie obsesję i znowu przez to zagrożona była jedna z najbliższych mu osób. Usiadł ciężko na kanapie i wziął głęboki oddech. Nie miał pojęcia, czemu aż tak na to reagował, jakby nie mierzył się w pewnym stopniu z podobnym problemem od lat. Jakby nie był Gryfonem, któremu ignorowanie zagrożenia zawsze świetnie wychodziło. Kolejny głęboki oddech. Trzeba było to załatwić, a potem mogli stąd iść. Da radę. Panikowanie jedynie wszystko bezsensownie przedłuży.
Zerknął na Lottie i wyciągnął różdżkę, podchodząc do lustra.
– Jak to robimy? Najpierw rozproszenie, a potem niszczenie? – spytał, bo to jednak ona znała się bardziej na artefaktach.
– Obawiam się, il mio fuoco dell'inferno, że historie o niektórych artefaktach, opowiada się znacznie przyjemniej w nieco innych warunkach – odpowiedział, szczerząc do niej idealnie białe zęby, próbując przypomnieć sobie, czy rzeczywiście miał jakieś przygody z artefaktami, o których mógłby jej opowiedzieć.
Duch, chyba nie był szczególnie zachwycony, albo po prostu strasznie się temu dziwił, z powodu ich słownych przepychanek, ale Jonathan nie zwracał na to uwagi. On już i tak nie żył, niech się da bawić żywym.
Bycie wampirem... Grunt, że nie powiedziała, bycie z wampirem. Selwyn zerknął na pierś ducha i skinął głową. Tak, zdecydowanie Persephone Crouch, nie wspierałaby tego typu metod zabijania. Czy to było w ogóle taktowne? Dyskutować tak na temat śmierci, sunącego obok nich mężczyzny?
***
Jonathan odetchnął z ulgi, kiedy Charlotte zgodziła się, aby odejść, ale niestety jego radość nie trwała długo, gdy okazało się, że wyjście nie będzie takie łatwe. Selwyn, jeśli było to w ogóle możliwe, zrobił się jeszcze bledszy i obrzucił ducha pełnym wyrzutu spojrzeniem i już miał coś odpowiedzieć, kiedy uznał, że zmarły niestety miał rację. Czarodziej puścił rękę Lottie i przejechał chłodną z nerwów dłonią po twarzy dla uspokojenie się. Na Merlina, znowu ktoś miał na jego punkcie obsesję i znowu przez to zagrożona była jedna z najbliższych mu osób. Usiadł ciężko na kanapie i wziął głęboki oddech. Nie miał pojęcia, czemu aż tak na to reagował, jakby nie mierzył się w pewnym stopniu z podobnym problemem od lat. Jakby nie był Gryfonem, któremu ignorowanie zagrożenia zawsze świetnie wychodziło. Kolejny głęboki oddech. Trzeba było to załatwić, a potem mogli stąd iść. Da radę. Panikowanie jedynie wszystko bezsensownie przedłuży.
Zerknął na Lottie i wyciągnął różdżkę, podchodząc do lustra.
– Jak to robimy? Najpierw rozproszenie, a potem niszczenie? – spytał, bo to jednak ona znała się bardziej na artefaktach.