09.07.2024, 23:21 ✶
Czy chciała z nią rozmawiać? Zapytana jeszcze kilka minut temu odparłaby wymijająco, chcąc uniknąć takiego spotkania. Była mistrzynią zamiatania zmartwień pod dywan, chowania męczących problemów poza zasięg wzroku, by udawać, że nie istnieją. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal - kiedy nie miała przed sobą Mildred, łatwiej było jej odmówić starcia twarzą twarz z przeszłością. W praktyce wystarczyło tylko jedno odbicie tego ciemnego spojrzenia w lustrze, by zmieniła całą swoją agendę i pomknęła do niej jak zaczarowana.
Czy podobała jej się taka? Eden raz jeszcze przyjrzała się stojącej przed nią kobiecie, ale nieważne, ile razy przemknęła surowym spojrzeniem po każdym elemencie jej jestestwa, nie potrafiła znaleźć żadnego punktu zaczepnego do pochwały. Nie przypominała Millie, nie przypominała siebie; jedynie oczy, te piękne sarnie oczy pełne gniewu, tylko one nie pozwoliły Malfoy dać się zwieść ułudzie całokształtu. Tylko one sprawiały, że nie potrafiła przejść obojętnie, nie umiała tak po prostu zostawić jej samej sobie.
Podobała jej się Millie Moody, nie ta matrona, którą teraz próbowała udawać. Tylko przed kim? Przed elitą snobów i hipokrytów, czy przed samą sobą?
- Nie - powtórzyła po własnym głosie w głowie, lecz tym razem głośniej, naprawdę. Tuż po zaprzeczeniu nastała niezręczna cisza, krótka, acz mogła okazać się zabójczą, jeśli nie wyjaśniłaby swojej opinii. Więc odezwała się znowu. - Podobasz mi się w prawdziwym wydaniu. Nie wiem, czy udawanie kogoś, kim nie jesteś to twoje nowo poznane hobby, ale ci nie służy. - Eden taka była - szczera do bólu i trudna do strawienia. Była w stanie przejrzeć kogoś na wskroś, a potem bez względu na uczucia tej osoby wyjawić nagą prawdę i patrzeć, jak znosi jej ból i przełyka niewygodne fakty. Moody jednak zawsze wiedziała, jaka Malfoy jest; wiedziała, a jednak brała garściami, akceptowała to wszystko z uśmiechem. Przynajmniej kiedyś - jeśli pod całą tą maską z pudrowego różu i brokatu nadal czyhała jej Millie, zrozumie, że nie powiedziała tego wszystkiego, aby ją zranić.
- Aczkolwiek nadal podobają mi się twoje oczy - rozpoczęła od nowa po chwili, bez żadnej zmiany w wyrazie twarzy. Dla osoby postronnej mogłoby to zabrzmieć na próbę odkupienia, zamydlenia oczu wobec poprzednich obelg. Ale Eden przecież taka nie była, nigdy nie próbowała wyjść na miłą, nie dodawała magicznego bez obrazy w przedmowie, nie zwodziła, chcąc kogoś obrazić. Nie przejmowała się cudzymi uczuciami, płaczem po nocach. Jeśli mówiła coś takiego, mówiła to szczerze. - I rysunki - dodała cicho, a przez twarz przemknął blady uśmiech. Mówiąc to poczuła, jakby nagle zmiękła - ona, jej serce, może kolana. Może to nie słowa tak działały, a jedynie bliskość Mildred, która odważnie postąpiła bliżej, opatulając ją zapachem perfum. Palce Eden drgnęły, choć dłoń pozostała spuszczona wzdłuż tułowia - czuła jak świerzbi ją w opuszkach, by dotknąć, by przekonać się, że nie rozmawia z duchem. Tyle razy wyobrażała sobie tę rozmowę po latach, że obecna jej forma wydawała się nierealna. Nieprawdopodobnie spokojna.
Nie poruszyła się jednak. Logika, wszelkie znaki na niebie i ziemi, a także inskrypcje na odwrocie splecionych ze sobą, monochromatycznych wron - wszystko to mówiło, że to nie może być sen.
Czy podobała jej się taka? Eden raz jeszcze przyjrzała się stojącej przed nią kobiecie, ale nieważne, ile razy przemknęła surowym spojrzeniem po każdym elemencie jej jestestwa, nie potrafiła znaleźć żadnego punktu zaczepnego do pochwały. Nie przypominała Millie, nie przypominała siebie; jedynie oczy, te piękne sarnie oczy pełne gniewu, tylko one nie pozwoliły Malfoy dać się zwieść ułudzie całokształtu. Tylko one sprawiały, że nie potrafiła przejść obojętnie, nie umiała tak po prostu zostawić jej samej sobie.
Podobała jej się Millie Moody, nie ta matrona, którą teraz próbowała udawać. Tylko przed kim? Przed elitą snobów i hipokrytów, czy przed samą sobą?
- Nie - powtórzyła po własnym głosie w głowie, lecz tym razem głośniej, naprawdę. Tuż po zaprzeczeniu nastała niezręczna cisza, krótka, acz mogła okazać się zabójczą, jeśli nie wyjaśniłaby swojej opinii. Więc odezwała się znowu. - Podobasz mi się w prawdziwym wydaniu. Nie wiem, czy udawanie kogoś, kim nie jesteś to twoje nowo poznane hobby, ale ci nie służy. - Eden taka była - szczera do bólu i trudna do strawienia. Była w stanie przejrzeć kogoś na wskroś, a potem bez względu na uczucia tej osoby wyjawić nagą prawdę i patrzeć, jak znosi jej ból i przełyka niewygodne fakty. Moody jednak zawsze wiedziała, jaka Malfoy jest; wiedziała, a jednak brała garściami, akceptowała to wszystko z uśmiechem. Przynajmniej kiedyś - jeśli pod całą tą maską z pudrowego różu i brokatu nadal czyhała jej Millie, zrozumie, że nie powiedziała tego wszystkiego, aby ją zranić.
- Aczkolwiek nadal podobają mi się twoje oczy - rozpoczęła od nowa po chwili, bez żadnej zmiany w wyrazie twarzy. Dla osoby postronnej mogłoby to zabrzmieć na próbę odkupienia, zamydlenia oczu wobec poprzednich obelg. Ale Eden przecież taka nie była, nigdy nie próbowała wyjść na miłą, nie dodawała magicznego bez obrazy w przedmowie, nie zwodziła, chcąc kogoś obrazić. Nie przejmowała się cudzymi uczuciami, płaczem po nocach. Jeśli mówiła coś takiego, mówiła to szczerze. - I rysunki - dodała cicho, a przez twarz przemknął blady uśmiech. Mówiąc to poczuła, jakby nagle zmiękła - ona, jej serce, może kolana. Może to nie słowa tak działały, a jedynie bliskość Mildred, która odważnie postąpiła bliżej, opatulając ją zapachem perfum. Palce Eden drgnęły, choć dłoń pozostała spuszczona wzdłuż tułowia - czuła jak świerzbi ją w opuszkach, by dotknąć, by przekonać się, że nie rozmawia z duchem. Tyle razy wyobrażała sobie tę rozmowę po latach, że obecna jej forma wydawała się nierealna. Nieprawdopodobnie spokojna.
Nie poruszyła się jednak. Logika, wszelkie znaki na niebie i ziemi, a także inskrypcje na odwrocie splecionych ze sobą, monochromatycznych wron - wszystko to mówiło, że to nie może być sen.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~