10.07.2024, 00:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2024, 17:59 przez Erik Longbottom.)
— Albo na stare lata pójdziesz w jej ślady — odbił piłeczkę, starając się nie szukać problemów na zapas. Przecież nie namawiał od razu chrześnicy na to, aby poszła w hodowanie smoków w światowej klasy rezerwatach. — Niektóre rodziny uprawiają wspinaczkę górską, inne jadą na wybrzeże nurkować z rurką, a wy będziecie... Latać na hipogryfach. Nie będziecie odbiegać zbytnio od schematu.
Przynajmniej nie przyprowadzasz dzieci do kasyn dla dorosłych, pomyślał przelotnie, pozostawiając jednak ten komentarz dla siebie. Chociaż Erik nie bywał zbyt często w najbardziej popularnych jaskiniach hazardu, tak czasem zdarzało mu się przyjąć zaproszenie z grzeczności. A widok nieletnich arystokratów zbliżających się do ukończenia Hogwartu, którym pozwolono ''zaszaleć'' przed ostatnim rokiem nauki nie był w gruncie rzeczy taki rzadki. Nie znaczyło to jednak, że trzeba było to propagować.
— Cóż, wszystko w swoim czasie. Jak kiedyś się na zbierzesz, to wiesz, że zawsze jestem w pobliżu. — Szybki transport czarodziejów to była jednak spora przewaga w tego typu sytuacjach. Szybki list, wiadomość przesłana kominkiem, a mógł być na każde zawołanie kobiety. — Na razie i tak mamy pełno aktualnych tematów do rozmowy.
Uśmiechnął się zdawkowo. Nareszcie czuł się, że było między nimi jak dawniej. Raz na zawsze skończyli z mistyczną więzią, która ich ze sobą złączyła i mogli wrócić do dawnej rutyny. Lepszej codzienności. Co jak co, ale nie przeżyłby, gdyby z winy rytuału na Beltane ich relacja nagle by się posypała. To byłoby przekleństwo większe od tych, jakimi ciskali w nich Śmierciożercy podczas dotychczasowych starć.
Chociaż po części działał w Zakonie dla dobra ogółu, tak był tam przede wszystkim dla swoich bliskich. Dla Brenny. Dla Morfeusza. Dla wuja Clemensa. Dla Nory i Mabel. A teraz nawet i dla Anthony'ego. Coś mu podpowiadało, że gdyby na końcu tej drogi pozostał sam, to... To wszystko nie byłoby warte tych wszystkich cierpień i strat. Musieli wytrwać w tym razem, aby ''lepsze jutro'' nie okazało się tylko krótką chwilą triumfu, która dobiegnie końca, gdy tylko człowiek odwróci się za siebie i zobaczy, na jak wielu grobach przyjdzie mu zapalić świeczkę. Pokręcił gwałtownie głową, odcinając się od tych czarnych myśli.
— Obawiam się, że nie — przyznał cicho, wykrzywiając usta w przepraszającym uśmiechu. — Ale jeśli chcesz wiedzieć, jakie to miało konsekwencje, to... Pan Black miał w planach nazwać swojego pierworodnego na część zwierzątka, w które się ekhm przemieniłaś. W sumie, to wskazuje na to, że nie ma żadnego żalu o to, co się stało!
Zabębnił palcami o blat stołu, po czym zerknął raz jeszcze do karty drinków.
— A więc... Opijamy nasz powrót do normalności sokiem pomarańczowym, czy dasz się skusić na kolejkę czegoś nieco mocniejszego, moja bratnia duszyczko? — spytał, wbijając w Norę wyczekujące spojrzenie. Zamierzał zdać się w stu procentach na nią.
Koniec końców para zdecydowała się na mniej alkoholowy napitek, argumentując to tym, że oboje mieli później ważne sprawy do załatwienia, a wczesna pora ich spotkania zdecydowanie nie zachęcała do tego, aby nadmiernie się upijać w pierwszym z brzegu barze na Horyzontalnej. W jakich humorach opuścili lokal? Cóż, Erik zdecydowanie czuł się po tej rozmowie dużo lepiej. Z początku targały nim wątpliwości, czy rytuał nie napsuje ich relacji, jednak wszystko wskazywało na to, że na dobrą sprawę powrót do dawnej rutyny pozwolił im na nowo cieszyć się swoim towarzystwem. Teraz pozostawało już tylko modlić się, aby nadchodzące miesiące nie uraczył ich podobnym ''przekleństwem'', jak to pod wpływem, którego wylądowali podczas Beltane. Pod koniec swej wizyty w barze Longbottom zahaczył jeszcze o pobliską fontanną, wrzucając do niej pojedynczą monetę, chociaż miał nikłą nadzieję na to, że się spełni. Miał bowiem ochotę na takie jedno ciasto, które jadł z Anthonym podczas delegacji w Kairze przed paroma laty... Ciekawe, czy da się je dostać gdzieś w Londynie? I czy dane by mu było zjeść je z tą samą osobą co poprzednio?
Przynajmniej nie przyprowadzasz dzieci do kasyn dla dorosłych, pomyślał przelotnie, pozostawiając jednak ten komentarz dla siebie. Chociaż Erik nie bywał zbyt często w najbardziej popularnych jaskiniach hazardu, tak czasem zdarzało mu się przyjąć zaproszenie z grzeczności. A widok nieletnich arystokratów zbliżających się do ukończenia Hogwartu, którym pozwolono ''zaszaleć'' przed ostatnim rokiem nauki nie był w gruncie rzeczy taki rzadki. Nie znaczyło to jednak, że trzeba było to propagować.
— Cóż, wszystko w swoim czasie. Jak kiedyś się na zbierzesz, to wiesz, że zawsze jestem w pobliżu. — Szybki transport czarodziejów to była jednak spora przewaga w tego typu sytuacjach. Szybki list, wiadomość przesłana kominkiem, a mógł być na każde zawołanie kobiety. — Na razie i tak mamy pełno aktualnych tematów do rozmowy.
Uśmiechnął się zdawkowo. Nareszcie czuł się, że było między nimi jak dawniej. Raz na zawsze skończyli z mistyczną więzią, która ich ze sobą złączyła i mogli wrócić do dawnej rutyny. Lepszej codzienności. Co jak co, ale nie przeżyłby, gdyby z winy rytuału na Beltane ich relacja nagle by się posypała. To byłoby przekleństwo większe od tych, jakimi ciskali w nich Śmierciożercy podczas dotychczasowych starć.
Chociaż po części działał w Zakonie dla dobra ogółu, tak był tam przede wszystkim dla swoich bliskich. Dla Brenny. Dla Morfeusza. Dla wuja Clemensa. Dla Nory i Mabel. A teraz nawet i dla Anthony'ego. Coś mu podpowiadało, że gdyby na końcu tej drogi pozostał sam, to... To wszystko nie byłoby warte tych wszystkich cierpień i strat. Musieli wytrwać w tym razem, aby ''lepsze jutro'' nie okazało się tylko krótką chwilą triumfu, która dobiegnie końca, gdy tylko człowiek odwróci się za siebie i zobaczy, na jak wielu grobach przyjdzie mu zapalić świeczkę. Pokręcił gwałtownie głową, odcinając się od tych czarnych myśli.
— Obawiam się, że nie — przyznał cicho, wykrzywiając usta w przepraszającym uśmiechu. — Ale jeśli chcesz wiedzieć, jakie to miało konsekwencje, to... Pan Black miał w planach nazwać swojego pierworodnego na część zwierzątka, w które się ekhm przemieniłaś. W sumie, to wskazuje na to, że nie ma żadnego żalu o to, co się stało!
Zabębnił palcami o blat stołu, po czym zerknął raz jeszcze do karty drinków.
— A więc... Opijamy nasz powrót do normalności sokiem pomarańczowym, czy dasz się skusić na kolejkę czegoś nieco mocniejszego, moja bratnia duszyczko? — spytał, wbijając w Norę wyczekujące spojrzenie. Zamierzał zdać się w stu procentach na nią.
Koniec końców para zdecydowała się na mniej alkoholowy napitek, argumentując to tym, że oboje mieli później ważne sprawy do załatwienia, a wczesna pora ich spotkania zdecydowanie nie zachęcała do tego, aby nadmiernie się upijać w pierwszym z brzegu barze na Horyzontalnej. W jakich humorach opuścili lokal? Cóż, Erik zdecydowanie czuł się po tej rozmowie dużo lepiej. Z początku targały nim wątpliwości, czy rytuał nie napsuje ich relacji, jednak wszystko wskazywało na to, że na dobrą sprawę powrót do dawnej rutyny pozwolił im na nowo cieszyć się swoim towarzystwem. Teraz pozostawało już tylko modlić się, aby nadchodzące miesiące nie uraczył ich podobnym ''przekleństwem'', jak to pod wpływem, którego wylądowali podczas Beltane. Pod koniec swej wizyty w barze Longbottom zahaczył jeszcze o pobliską fontanną, wrzucając do niej pojedynczą monetę, chociaż miał nikłą nadzieję na to, że się spełni. Miał bowiem ochotę na takie jedno ciasto, które jadł z Anthonym podczas delegacji w Kairze przed paroma laty... Ciekawe, czy da się je dostać gdzieś w Londynie? I czy dane by mu było zjeść je z tą samą osobą co poprzednio?
Koniec sesji
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞