10.07.2024, 10:42 ✶
– A tak. Wiesz, takie drobne zaniki pamięci, czasem mi się zdarzają, nie wiem, gdzie ja mam głowę – odparła Brenna, i mimo całego tematu tej rozmowy jakoś odczuła nagle ulgę, bo rozmowa toczyła się prawie jak dawniej, i pomyślała, że naprawdę za nim tęskniła. – Na całe szczęście drobną tajemnicę Morpheusa zna tylko rodzina – powiedziała i kąciki ust drgnęły jej lekko. Może i dobrze, że prototyp zmieniacza czasu nigdy nie trafił w jej ręce: z pewnością by go nadużywała.
Też miała dobre życie.
Właściwie to sytuacji rodzinnej można było Brennie tylko zazdrościć, a ona doskonale o tym wiedziała. Gdy wielu jej znajomych wychowywało się w rodzinach pełnych konfliktów, niepełnych, biednych, przemocowych albo toksycznych w inny sposób – na przykład przy kontrolowaniu każdego kroku dziecka – tak ona miała krewnych bogatych, uprzywilejowanych, kochających się, a przy tym obdarzonych pewnym zdrowym rozsądkiem. Było ewenementem i to, że mimo tego, jak duża była rodzina Longbottomów, bo Godryk miał kilkoro dzieci, nie było między nimi wielu dramatów i animozji, a największym konfliktem rodzinnym był ten, jaki wybuchł między Clemensem i jego ojcem. (Brenna miała wrażenie, że Godryk, mocno przywiązany do prawa – mocniej niż wszystkie jego dzieci – był wściekły o to wszystko, ale że tak naprawdę rozwścieczyło go to wyniesienie się na Nokturn. Inaczej pewnie wybaczyłby synowi marnotrawnemu.) Miała więc rodziców, wujków, ciotki i kuzynostwo, miała pieniądze, i całkiem sporo swobody, byli też przyjaciele i ta miła siatka, rozpięta pod tobą: gdyby podwinęła się jej noga, Warownia, krewni i pieniądze w banku zawsze czekały.
Teraz jednak w kraju działy się takie rzeczy, że żadna siatka nie zapewniała bezpieczeństwa.
– Taaaak. Niektórzy czystokrwiści będą chcieli utrzymać swoją pozycję, półkrwi będą liczyć, że ugrają coś na tym, że ich wesprą i będą mogli stać wyżej niż ci z „gorszym” pochodzeniem, nawet jeśli to oni są bardziej utalentowani, i tak dalej – mruknęła Brenna, a potem uśmiechnęła się do Woody’ego promiennie. – Ależ mnie w nic nie trzeba było wciągać, sama się wepchnęłam, czy mnie chcieli, czy nie.
Za parę lat pewnie miała czuć się całkiem podobnie go Woody’ego, gdy Dumbledore zabierze się do rekrutowania Jamesa i Franka. Osiemnastolatków zaledwie. Ale ona miała jednak dwadzieścia pięć lat: nie była dzieckiem i sądziła, że wie, w co wchodzi.
– Wujku, nie rób tego przypadkiem ze względu na mnie – oświadczyła stanowczo, podpierając łokcie o blat i przechylając się lekko w jego stronę, patrząc mu w oczy. – Naprawdę bym nie chciała, aby nagle się okazało, że w Zakonie jest kilka osób, które w to weszły tylko dlatego, że uznały, że trzeba mnie pilnować. Nie trzeba.
Też miała dobre życie.
Właściwie to sytuacji rodzinnej można było Brennie tylko zazdrościć, a ona doskonale o tym wiedziała. Gdy wielu jej znajomych wychowywało się w rodzinach pełnych konfliktów, niepełnych, biednych, przemocowych albo toksycznych w inny sposób – na przykład przy kontrolowaniu każdego kroku dziecka – tak ona miała krewnych bogatych, uprzywilejowanych, kochających się, a przy tym obdarzonych pewnym zdrowym rozsądkiem. Było ewenementem i to, że mimo tego, jak duża była rodzina Longbottomów, bo Godryk miał kilkoro dzieci, nie było między nimi wielu dramatów i animozji, a największym konfliktem rodzinnym był ten, jaki wybuchł między Clemensem i jego ojcem. (Brenna miała wrażenie, że Godryk, mocno przywiązany do prawa – mocniej niż wszystkie jego dzieci – był wściekły o to wszystko, ale że tak naprawdę rozwścieczyło go to wyniesienie się na Nokturn. Inaczej pewnie wybaczyłby synowi marnotrawnemu.) Miała więc rodziców, wujków, ciotki i kuzynostwo, miała pieniądze, i całkiem sporo swobody, byli też przyjaciele i ta miła siatka, rozpięta pod tobą: gdyby podwinęła się jej noga, Warownia, krewni i pieniądze w banku zawsze czekały.
Teraz jednak w kraju działy się takie rzeczy, że żadna siatka nie zapewniała bezpieczeństwa.
– Taaaak. Niektórzy czystokrwiści będą chcieli utrzymać swoją pozycję, półkrwi będą liczyć, że ugrają coś na tym, że ich wesprą i będą mogli stać wyżej niż ci z „gorszym” pochodzeniem, nawet jeśli to oni są bardziej utalentowani, i tak dalej – mruknęła Brenna, a potem uśmiechnęła się do Woody’ego promiennie. – Ależ mnie w nic nie trzeba było wciągać, sama się wepchnęłam, czy mnie chcieli, czy nie.
Za parę lat pewnie miała czuć się całkiem podobnie go Woody’ego, gdy Dumbledore zabierze się do rekrutowania Jamesa i Franka. Osiemnastolatków zaledwie. Ale ona miała jednak dwadzieścia pięć lat: nie była dzieckiem i sądziła, że wie, w co wchodzi.
– Wujku, nie rób tego przypadkiem ze względu na mnie – oświadczyła stanowczo, podpierając łokcie o blat i przechylając się lekko w jego stronę, patrząc mu w oczy. – Naprawdę bym nie chciała, aby nagle się okazało, że w Zakonie jest kilka osób, które w to weszły tylko dlatego, że uznały, że trzeba mnie pilnować. Nie trzeba.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.