Zaśmiałby się perliście, gdyby tylko miał lepszą noc. Lepszy wieczór. Nie miał. Noc była tragiczna i niewiele spał, a teraz czuł się tak wyzwolony od zmartwień, jak i zmęczenia, obudzony obecnością Charlesa i jednocześnie - usypiany opium. Wszystko kolidowało ze sobą, a to kolidowanie nie wysypywało systemu, na którym napisano ten świat. Przeciwne strony wkraczały na swoje terytorium - i co? Między bielą i czernią powstawała szarość. Starożytność dobrze znała to porównanie, tylko nie w naszej Europie. Ying i Yang. Laurent nie był takim światłym człowiekiem, nie znał aż tak egzotycznych zakamarków wszechświata, ale nawet do niego potrafiły dotrzeć niektóre dziwa. Świat czarodziei był bardziej połączony od świata mugoli. Więc nie było śmiechu na przeuroczą minę, jaką zrobił Charles i jego pytanie, ale był uśmiech. Łagodny i wyrozumiały. Pytanie: kim jestem było tym, które potrafiło poważnie zamieszać w ludzkim życiu. Wątpliwość co do tego, kim jesteś, jak się identyfikujesz, czy twoje różne strony pokazywane przy różnych okazjach i różnym ludziom nadal tworzyły całego ciebie... Laurent nie miał tych problemów. Wiedział, kim jest i wiedział, kim nigdy nie będzie. Rozumiał, jak był słaby i wiedział, jaka siła drzemała w jego pragnieniu przetrwania. W potrzebie godnego życia. Ale przecież to nie były słowa, jakie miał dla młodego mężczyzny, który przed nim siedział z tymi bajecznymi oczami wpatrzonymi tylko w niego. Tak, patrz na mnie. Tym spojrzeniem, z tym wyrazem twarzy. Jakie to było próżne - sam wiedział najlepiej. I nie potrafił niczego na to poradzić. Nie potrafił się ogrzać samemu, w zaciszu własnego domu. Tylko inni mogli go ogrzać. Nawet jeśli to było wyłącznie spojrzenie.
Odpowiedział dopiero po chwili, znów powoli pochylając się w stronę Charlesa, spoglądając przez moment na jego usta, nim wrócił do kontaktu wzrokowego.
- Twoim słodkim snem. - Wyszeptał zanim się podniósł. - Ile płacę? - Sięgnął leniwym ruchem po przygotowany pakunek i dorzucił do niego resztę opium, które Charles wyciągnął. Przysunął do siebie po blacie i sięgnął do kieszeni po galeony, żeby odliczyć ich odpowiednią ilość. - Mam nadzieję - do zobaczenia, panie Mulciber. - Obdarzył go słodkim uśmiechem.