11.07.2024, 10:37 ✶
– Życie stało się jakoś strasznie skomplikowane, odkąd Voldemort i śmierciożercy postanowili rozerwać zasłonę między światami – westchnęła Brenna i ostatni raz pogłaskała małą Lunę. Wojna trwała od dawna, ale to w sabat wszystko przyspieszyło i zaczęły się te… wariactwa. Już nawet nie chodziło o same mordy na polanie, lecz i pokłosie. Rytuał miłosny działający w przedziwny sposób, widma w Kniei, wichura, Zimni, rośliny szalejące w całej Anglii, to co stało się w Stonehange podczas Lithy.
Było tak, jakby jakaś równowaga została zachwiana i świat stawał na głowie.
Może faktycznie coś zaczęło opętywać ludzi, a Thoran Yaxley zyskał nagle dziwne moce. Albo coś zostało wtedy uwolnione…? I zyskał jakieś przedziwne moce przez… bębnienie?
(Tu nawet miała niechcący rację. Afrykański demon, który został odpieczętowany zapewne przez Beltane…)
A może pozwalała ponieść się wyobraźni.
W każdym razie te wszystkie przedziwne zjawiska i ocieranie się o nienaturalne nawet dla czarodziei moce momentami Brennę zwyczajnie przerastały.
– Poczekaj aż na niego wskoczę, dobrze? I hm… może zaczniemy od tego… – mruknęła, wyglądając przez balkon Victorii, oceniając na ile niebezpieczne będzie przedostawanie się z niego do sąsiedniej kamienicy (bywało na szczęście gorzej) i potem wiodąc spojrzeniem po okolicy. Było dość ciemno i późno, ale w blasku latarni nie będą zupełnie niewidzialne, a jeszcze tego brakowało, aby potem chodziły głupie płotki, że panna Lestrange włamuje się do sąsiadów. Brenna więc najpierw wyciągnęła różdżkę i stuknęła nią sama siebie, za pomocą transmutacji upodabniając ubranie i samą siebie kolorystycznie do ściany kamienicy – a jeśli Victoria nie protestowała, zrobiła to i z nią.
Dopiero potem ukryła różdżkę w kieszeni i wspięła się na gzyms.
Brenna na szczęście była dość sprawa fizycznie, a wspinanie się stanowiło jedną z jej ulubionych rozrywek od małego. Wprawdzie wchodząc na okoliczne drzewa i dachy w Dolinie Godryka nie sądziła, że przygotowuje ją to do przyszłej kariery włamywacza, ale nie zamierzała narzekać. Po chwili zeskoczyła na balkon Thorana i zamarła na nim na moment, natychmiast sięgając po różdżkę: czekając czy nie uaktywni się jakieś ochronne zaklęcie albo spoglądając przez drzwi balkonowe nie zobaczy zapatrzonego na nią Yaxleya, siedzącego nad tymi swoimi afrykańskimi bębnami.
Nic jednak jej nie trafiło, a gdy zerknęła przez szybę, widziała tylko ciemność.
Brenna podniosła się więc i pomachała Victorii, tak by ta mogła dostrzec ten ruch mimo kolorów. I różdżkę trzymała w pogotowiu, gotowa w razie czego asekurować kobietę magią.
Było tak, jakby jakaś równowaga została zachwiana i świat stawał na głowie.
Może faktycznie coś zaczęło opętywać ludzi, a Thoran Yaxley zyskał nagle dziwne moce. Albo coś zostało wtedy uwolnione…? I zyskał jakieś przedziwne moce przez… bębnienie?
(Tu nawet miała niechcący rację. Afrykański demon, który został odpieczętowany zapewne przez Beltane…)
A może pozwalała ponieść się wyobraźni.
W każdym razie te wszystkie przedziwne zjawiska i ocieranie się o nienaturalne nawet dla czarodziei moce momentami Brennę zwyczajnie przerastały.
– Poczekaj aż na niego wskoczę, dobrze? I hm… może zaczniemy od tego… – mruknęła, wyglądając przez balkon Victorii, oceniając na ile niebezpieczne będzie przedostawanie się z niego do sąsiedniej kamienicy (bywało na szczęście gorzej) i potem wiodąc spojrzeniem po okolicy. Było dość ciemno i późno, ale w blasku latarni nie będą zupełnie niewidzialne, a jeszcze tego brakowało, aby potem chodziły głupie płotki, że panna Lestrange włamuje się do sąsiadów. Brenna więc najpierw wyciągnęła różdżkę i stuknęła nią sama siebie, za pomocą transmutacji upodabniając ubranie i samą siebie kolorystycznie do ściany kamienicy – a jeśli Victoria nie protestowała, zrobiła to i z nią.
Dopiero potem ukryła różdżkę w kieszeni i wspięła się na gzyms.
Brenna na szczęście była dość sprawa fizycznie, a wspinanie się stanowiło jedną z jej ulubionych rozrywek od małego. Wprawdzie wchodząc na okoliczne drzewa i dachy w Dolinie Godryka nie sądziła, że przygotowuje ją to do przyszłej kariery włamywacza, ale nie zamierzała narzekać. Po chwili zeskoczyła na balkon Thorana i zamarła na nim na moment, natychmiast sięgając po różdżkę: czekając czy nie uaktywni się jakieś ochronne zaklęcie albo spoglądając przez drzwi balkonowe nie zobaczy zapatrzonego na nią Yaxleya, siedzącego nad tymi swoimi afrykańskimi bębnami.
Nic jednak jej nie trafiło, a gdy zerknęła przez szybę, widziała tylko ciemność.
Brenna podniosła się więc i pomachała Victorii, tak by ta mogła dostrzec ten ruch mimo kolorów. I różdżkę trzymała w pogotowiu, gotowa w razie czego asekurować kobietę magią.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.