11.07.2024, 14:06 ✶
Charlie nie był asem translokacji. Wszystko, co wymagało zmiany miejsca, sprawiało mu pewne problemy, albo też, jak lubił myśleć: przychodziło z mniejszą łatwością niż pozostałe kategorie magii. Z tego powodu też często wybierał spacer zamiast podróży siecią Fiuu, czy nawet na miotle. Potrafił docenić kwadrans, który dzielił kamienicę Mulciberów i Prewettów. Była to nawet całkiem przyjemna przechadzka.
Uniósłszy palec do ust, Charles zgodził się na dotrzymanie tajemnicy.
- To jeden z najlepszych argumentów, jakie dotąd słyszałem! - Uśmiechnął się do Lorien. Im bliżej był z wujem, tym mniej rozumiał, jak można było za niego wyjść bez naprawdę dobrego powodu. Bliskość matki - tak, to było genialne! W razie problemów, Lorien mogła "wrócić do mamusi" nawet na piechotę!
Z drugiej strony, w Robercie na pewno było coś wspaniałego, czego Charlie jeszcze nie dostrzegł. Na pewno!
Pojawienie się skrzatki sprawiło, że Charlie musiał zamknąć usta. Przeszło mu przez myśl, że w takich starożytnych domach zakurzonych rodów nawet skrzaty wyglądały dziwacznie. Mulciber mógł się jedynie uśmiechnąć, nie do stworzenia, lecz w jego stronę. Nie uśmiechano się do mugoli, skrzatów i tym podobnych. Długouche brzydactwo nie posłuchało cioci i jej nadejście zostało ogłoszone całemu domowi.
Salon był nad wyraz przytulny i Charlie musiał przyznać, że nie obraziłby się, gdyby zostali nawet na herbatę. W niczym nie przypominał schludnego, ale surowego domu w Norwegii, z pewnością również nie tego parę ulic dalej, ciemnego, nieprzyjemnego, wręcz złowrogiego. Charlie nigdy nie był we Włoszech, ale czy tam mogło tak być? Kwitnące zioła, słońce, to... ciepło, nie będące tylko odczuciem na skórze, ale czymś więcej, czym, co czuło się w środku? Mulciber zatęsknił za czymś, czego nigdy nie spotkał, a Włochy z miejsca stały się miejscem do odwiedzenia, gdy tylko zaoszczędzi parę galeonów więcej. O ile wuj na to zezwoli.
To nie tak, że Charles nie lubił ludzi. Radził sobie z klientami, lubił rozmawiać i nawet chyba wydawał się przyjazny, ale niektórzy czarodzieje roztaczali wokół siebie dziwną aurę, która sprawiała, że dorosły już przecież mężczyzna stawał się znów małym chłopcem, który najchętniej schowałby się za fartuchem matki. Taką osobę spodziewał się ujrzeć w matce cioci Lorien i nie pomylił się ani odrobinę. Język włoski nie ułatwił zadania, mimo to Charles postanowił zrobić dobrą minę. Uśmiechnął się do kobiety.
- Dzień dobry. Proszę, to dla pani. - Powiedział od razu, podchodząc do pani domu, gdy tylko Lorien przypomniała mu o bukiecie. Ten dom, ta pani Mamma! były przytłaczające i młody niemal zapomniał o roślinkach, które zaraz zaoferował w prezencie. - Miło mi panią poznać, jestem Charles Mulciber. Proszę mi mówić Charlie. - Powiedział szybko, choć miał wrażenie, że zaczął ze złej noty. Co kobietę obchodziło to, jak się do niego zwracano? Mimo to, nie potrafił zamknąć ust. - Ma pani piękny dom! Zaczynam żałować, że przyszliśmy tylko na chwilę i nie mogę zobaczyć więcej. I przepraszam, nie mówię po włosku. Jeszcze. Może ciocia Lorien udzieli mi kilku lekcji? - Zażartował, zerkając przez ramię na cioteczkę.
Uniósłszy palec do ust, Charles zgodził się na dotrzymanie tajemnicy.
- To jeden z najlepszych argumentów, jakie dotąd słyszałem! - Uśmiechnął się do Lorien. Im bliżej był z wujem, tym mniej rozumiał, jak można było za niego wyjść bez naprawdę dobrego powodu. Bliskość matki - tak, to było genialne! W razie problemów, Lorien mogła "wrócić do mamusi" nawet na piechotę!
Z drugiej strony, w Robercie na pewno było coś wspaniałego, czego Charlie jeszcze nie dostrzegł. Na pewno!
Pojawienie się skrzatki sprawiło, że Charlie musiał zamknąć usta. Przeszło mu przez myśl, że w takich starożytnych domach zakurzonych rodów nawet skrzaty wyglądały dziwacznie. Mulciber mógł się jedynie uśmiechnąć, nie do stworzenia, lecz w jego stronę. Nie uśmiechano się do mugoli, skrzatów i tym podobnych. Długouche brzydactwo nie posłuchało cioci i jej nadejście zostało ogłoszone całemu domowi.
Salon był nad wyraz przytulny i Charlie musiał przyznać, że nie obraziłby się, gdyby zostali nawet na herbatę. W niczym nie przypominał schludnego, ale surowego domu w Norwegii, z pewnością również nie tego parę ulic dalej, ciemnego, nieprzyjemnego, wręcz złowrogiego. Charlie nigdy nie był we Włoszech, ale czy tam mogło tak być? Kwitnące zioła, słońce, to... ciepło, nie będące tylko odczuciem na skórze, ale czymś więcej, czym, co czuło się w środku? Mulciber zatęsknił za czymś, czego nigdy nie spotkał, a Włochy z miejsca stały się miejscem do odwiedzenia, gdy tylko zaoszczędzi parę galeonów więcej. O ile wuj na to zezwoli.
To nie tak, że Charles nie lubił ludzi. Radził sobie z klientami, lubił rozmawiać i nawet chyba wydawał się przyjazny, ale niektórzy czarodzieje roztaczali wokół siebie dziwną aurę, która sprawiała, że dorosły już przecież mężczyzna stawał się znów małym chłopcem, który najchętniej schowałby się za fartuchem matki. Taką osobę spodziewał się ujrzeć w matce cioci Lorien i nie pomylił się ani odrobinę. Język włoski nie ułatwił zadania, mimo to Charles postanowił zrobić dobrą minę. Uśmiechnął się do kobiety.
- Dzień dobry. Proszę, to dla pani. - Powiedział od razu, podchodząc do pani domu, gdy tylko Lorien przypomniała mu o bukiecie. Ten dom, ta pani Mamma! były przytłaczające i młody niemal zapomniał o roślinkach, które zaraz zaoferował w prezencie. - Miło mi panią poznać, jestem Charles Mulciber. Proszę mi mówić Charlie. - Powiedział szybko, choć miał wrażenie, że zaczął ze złej noty. Co kobietę obchodziło to, jak się do niego zwracano? Mimo to, nie potrafił zamknąć ust. - Ma pani piękny dom! Zaczynam żałować, że przyszliśmy tylko na chwilę i nie mogę zobaczyć więcej. I przepraszam, nie mówię po włosku. Jeszcze. Może ciocia Lorien udzieli mi kilku lekcji? - Zażartował, zerkając przez ramię na cioteczkę.