Tutaj lało się wino. Pachniało w powietrzu - zabijało swoją kwaśność w aromatach dymu, może nie tylko nikotyny ale i słodkiego opium, ale Laurent był pewien, że rozpoznałby ten zapach wszędzie. Tak jak rozpoznawał kłopoty, kiedy czeluść odpowiadała mu spojrzeniem. Więc patrzył - oczyma niby skupionymi, ale jednocześnie otumanionymi. Tym dymem? To nie opioidy, a gdyby miał rzecz nazwać, powiedziałby, że Sen. Kroczył na jawie, chociaż jeszcze przed chwilą sam był Senną Marą. Więc teraz w Marę obracał się Morpheus, który jak krupier wiedział, kiedy poruszyć palcami, by wyciągnąć karty. Który wiedział, kiedy podejść, żeby dołożyć żetony na stół. Już się tego naoglądał - ludzi potrafiących wykorzystać okazję. Ale takich oczu nie oglądało się nigdy. Jeśli grzeszny jest człowiek to rachunkiem sumienia gubił się w Otchłani - słodka ona była, bo i słodko spoglądała. Z rozmysłem, z namysłem, bardziej zainteresowana tu i teraz niż tym, czy kobieta na scenie zdejmie z siebie kolejne połacie ubrań. Laurent o niej zapomniał. Zapomniał, że ta muzyka nie było tylko tłem, a głosy ludzi wokół nie tylko rozmowami i żartami między sobą. Musiał ulec pokusie, bo było to jedyna możliwość, żeby z nią wygrać - wypełnić jej przeznaczenie i potwierdzić pieczątką na własnym imieniu i nazwisku, że dopełni się... właściwie to co miało się dopełniać? Coś w tej czerni. Na pewno coś w niej. Coś w uciekających czeluściach, co demonami straszyło i chciało rwać i szarpać. Trzymało cię za ręce, choć chciałeś iść dalej i nakazywało patrzeć, czuwać, obserwować. Jeden zły ruch i możesz przegrać całe królestwo. O jaką stawkę tutaj w ogóle gramy? Najcenniejsze, co możemy postawić - życie. Wchodzisz tutaj va bank, albo nie wchodzisz wcale. Te zasady były przez morzem szumiącym w oczach Laurenta zakryte, ale przecież były bardzo dobrze znane Tobie.
Prawda, Morpheusu?
- Ooo... - Dźwięk z jego ust zabrzmiał cicho, zrozumienie szmerem prześlizgnęło się między jedną a drugą literą, nabierając na znaczeniu w próbie pojęcia niezwykłego zjawiska, jakim stał się ciemnowłosy mężczyzna. Albo to resztki schodzącego z niego narkotyku wciąż potrafiły pomieszać zmysły i wrażenia. Inaczej nie wmawiałby sobie, że aż tutaj czuje zapach perfum tego człowieka. - Specyficzna rozrywka - szukać krytyki... w cudzych oczach i ustach również ich poszukujesz? - Zjechał z tej wielkiej grzeczności, chociaż może nie powinien. Ale skoro już sobie powiedzieli, jakie to nie rozkoszne okoliczności winy i przewiny prostoty takich zabiegów stawały się miałkie. Liczyło się tylko doznanie tego, co masz przed sobą. Brodzenie w czerni i szukanie w niej własnego odbicia - próbuj się w niej nie zgubić, a zostaniesz doceniony. Sekrety i tajemnice były jak lep na muchy - pozornie słodkie, lepiące, kuszące swoim zapachem. Perfumy? Popełniony błąd odkrywałeś dopiero, kiedy lepka maź zlepiała twoje skrzydła.
Z czerni można było zrezygnować, kiedy błogosławiła czemu innemu. Albo KOMUŚ innemu. Więc spojrzałeś w dół, na karty. Ich znaczenie? Kolejna tajemnica. Mogły opowiadać całą historię, ale dla twojego oka - to tylko karty. Można na nich zarabiać, można nimi mieszać w głowach. Przysiągłbyś, że ten Paź mrugnął zalotnie oczkiem - nic dziwnego, że automatycznie pojawił się na ustach nieco szerszy uśmiech. Ktoś błędnie mógłby powiedzieć - niemal onieśmielony. Ktoś nie wiedzący, że anielskie lico i niewinne uśmiechy są jak wiele innych pułapek, w które muchy wpadają. Jeśli samemu muchą się nie jest.
- Co te karty panu mówią? Byłoby straszne, gdyby pochwaliły. - Uniósł spojrzenie na Morpheusa z filuternym błyskiem w oczach.