12.07.2024, 18:20 ✶
Teatr miał tę niesamowitą zdolność, że przędąc niezliczone historie, jednocześnie odsłaniał prawdy o tych, którzy te historie oglądali. Może więc dlatego, to właśnie w teatrze, zamroczony błekitną mgłą, Jonathan zrozumiał trzy prawdy o samym sobie i Anthonym.
Po pierwsze, nie potrzebowałani Horacego, ani żadnej innej fikcyjnej postaci, nabazgranej kiedyś na papierze. Potrzebował Anthony'ego. I Morpheusa. I Charlotte, ale w tym momencie, tej nocy, jego myśli krążyły w okół Shafiqa.
Po drugie, Anthony, ten chuderlawy, smutny Krukon, któremu zawsze bohatersko chciał nieść ratunek niczym rycerz na białym koniu, sam był dla niego wsparciem już od dawna, a Selwyn, za bardzo zaoferowany, chęcią chronienja go przed wszystkim, był za głupi by to wcześniej zauważyć.
Po trzecie, dłoń Shafiqa na jego sercu niemal go paliła i Jonathan miał wrażenie, że jedynym ratunkiem na też pożar będzie dalszy dotyk.
Selwyn spojrzał w oczy przyjaciela i ze smutnym uśmiechem położył mu prawą dłoń na piersi w bliźniaczym geście.
– Naprawdę tak myślisz? – spytał cicho, jak to nie on, ale w jego głosie dało się słychać pewną nadzieję. Odgrywanie ról napisanych cudzą ręką, jak to jedno proste zdanie, zdejmowało prawie cały urok z wymarzonego zawodu Selwyna i pewnie gdyby powiedział to ktokolwiek inny, to może i by się obraził, ale przecież wiedział, że Shafiq nie był jakimś bezczelnym ignorantem, który nie doceniał aktorskiego rzemiosła.
Najpiękniejsze było w tym wszystkim to że, sam nie wiedział kiedy, ale ta cała rozmowa zdążyła przenieść się na deski sceny tego przeklętego teatru.
– Nie wiem mój Tony – wymamrotał, jeszcze nie pijąc, a zamiast tego kładąc się obok przyjaciela, gapiąc się w sufit. — To co mówisz ma sens, ale... – Ale co? Inaczej planował swoje życie? Nie widział dla siebie miejsca na świecie poza sceną, na której właśnie leżeli pijani? Z drugiej strony, to co mówił Shafiq miało naprawdę dużo sensu. Nigdy na to w ten sposób nie patrzył, ale rzeczywiście mógłby się przydać w Ministerstwie. Być szanowanym politykiem, uwielbianym przez obywateli i samego Ministra Magii, a przecież, czy polityka i aktorstwo stały, aż tak daleko od siebie? No i robiłby coś, co uniezależniłoby go od rodziny. Bo nawet jeśli mu wreszcie wybaczą, chociaż nie zrobił nic złego, i pozwolą wrócić do pracy w tym miejscu, to co dalej? Kolejne zaplanowane przez nich zaręczyny z niezawodną kartą przetargową w ręku? Kochamy cię, ale rób to co ci powiemy, a pamiętasz, jak skończyło się to ostatnim razem twoje nieposłuszeństwo? No i pewnie musiałby przeprosić, a chociaż już nie raz udzielał rodzicom fałszywych przeprosin, tu nigdy nie zamierzał tego robić. Westchnął cicho i obrócił się na prawy bok, tak by przyglądać się twarzy przyjaciela.
– Powiedz mi szczerze, bo ty jesteś mądry. Czemu mogłem poświęcić aktorstwo dla niej, ale nie jestem w stanie poświęcić innych rzeczy dla aktorstwa? – spytał, unosząc się na chwilę po to by ponownie się położyć z tą jednak różnicą, że tym razem za oparcie jego głowy robił mu brzuch przyjaciela. – Mam wrażenie, że powinienem w tym momencie proponować ci wspólną ucieczkę gdzieś do... Ameryki, Kanady, Nowej Zelandii, Australii, kolonii... Moglibyśmy zabrać Morphy'ego i mieć własny teatr. Moglibyśmy tworzyć własne sztuki, przelewać w nie własną wrażliwość. Zadbałbym o to, by dla ciebie nawet kurtyny nie były czerwone... – mamrotał, zamroczony wizjami, które na trzeźwo nie miały sensu – Ale nie wiem. O ile byś bardzo nie chciał, chyba nie chcę zostawiać wszystkiego. I was, gdybyście jednak nie chcieli mieć ze mną teatru w Montrealu.
Po pierwsze, nie potrzebowałani Horacego, ani żadnej innej fikcyjnej postaci, nabazgranej kiedyś na papierze. Potrzebował Anthony'ego. I Morpheusa. I Charlotte, ale w tym momencie, tej nocy, jego myśli krążyły w okół Shafiqa.
Po drugie, Anthony, ten chuderlawy, smutny Krukon, któremu zawsze bohatersko chciał nieść ratunek niczym rycerz na białym koniu, sam był dla niego wsparciem już od dawna, a Selwyn, za bardzo zaoferowany, chęcią chronienja go przed wszystkim, był za głupi by to wcześniej zauważyć.
Po trzecie, dłoń Shafiqa na jego sercu niemal go paliła i Jonathan miał wrażenie, że jedynym ratunkiem na też pożar będzie dalszy dotyk.
Selwyn spojrzał w oczy przyjaciela i ze smutnym uśmiechem położył mu prawą dłoń na piersi w bliźniaczym geście.
– Naprawdę tak myślisz? – spytał cicho, jak to nie on, ale w jego głosie dało się słychać pewną nadzieję. Odgrywanie ról napisanych cudzą ręką, jak to jedno proste zdanie, zdejmowało prawie cały urok z wymarzonego zawodu Selwyna i pewnie gdyby powiedział to ktokolwiek inny, to może i by się obraził, ale przecież wiedział, że Shafiq nie był jakimś bezczelnym ignorantem, który nie doceniał aktorskiego rzemiosła.
Najpiękniejsze było w tym wszystkim to że, sam nie wiedział kiedy, ale ta cała rozmowa zdążyła przenieść się na deski sceny tego przeklętego teatru.
– Nie wiem mój Tony – wymamrotał, jeszcze nie pijąc, a zamiast tego kładąc się obok przyjaciela, gapiąc się w sufit. — To co mówisz ma sens, ale... – Ale co? Inaczej planował swoje życie? Nie widział dla siebie miejsca na świecie poza sceną, na której właśnie leżeli pijani? Z drugiej strony, to co mówił Shafiq miało naprawdę dużo sensu. Nigdy na to w ten sposób nie patrzył, ale rzeczywiście mógłby się przydać w Ministerstwie. Być szanowanym politykiem, uwielbianym przez obywateli i samego Ministra Magii, a przecież, czy polityka i aktorstwo stały, aż tak daleko od siebie? No i robiłby coś, co uniezależniłoby go od rodziny. Bo nawet jeśli mu wreszcie wybaczą, chociaż nie zrobił nic złego, i pozwolą wrócić do pracy w tym miejscu, to co dalej? Kolejne zaplanowane przez nich zaręczyny z niezawodną kartą przetargową w ręku? Kochamy cię, ale rób to co ci powiemy, a pamiętasz, jak skończyło się to ostatnim razem twoje nieposłuszeństwo? No i pewnie musiałby przeprosić, a chociaż już nie raz udzielał rodzicom fałszywych przeprosin, tu nigdy nie zamierzał tego robić. Westchnął cicho i obrócił się na prawy bok, tak by przyglądać się twarzy przyjaciela.
– Powiedz mi szczerze, bo ty jesteś mądry. Czemu mogłem poświęcić aktorstwo dla niej, ale nie jestem w stanie poświęcić innych rzeczy dla aktorstwa? – spytał, unosząc się na chwilę po to by ponownie się położyć z tą jednak różnicą, że tym razem za oparcie jego głowy robił mu brzuch przyjaciela. – Mam wrażenie, że powinienem w tym momencie proponować ci wspólną ucieczkę gdzieś do... Ameryki, Kanady, Nowej Zelandii, Australii, kolonii... Moglibyśmy zabrać Morphy'ego i mieć własny teatr. Moglibyśmy tworzyć własne sztuki, przelewać w nie własną wrażliwość. Zadbałbym o to, by dla ciebie nawet kurtyny nie były czerwone... – mamrotał, zamroczony wizjami, które na trzeźwo nie miały sensu – Ale nie wiem. O ile byś bardzo nie chciał, chyba nie chcę zostawiać wszystkiego. I was, gdybyście jednak nie chcieli mieć ze mną teatru w Montrealu.