13.07.2024, 09:32 ✶
Tak nie postępuje się z potencjalnie niebezpiecznymi artefaktami!!!
Charlotte nie zdążyła jednak tego powiedzieć, bo Jonathan już wyciągnął różdżkę i już, już rzucał zaklęcie. Kelly syknęła, sama stawiając pośpiesznie zaklęcie tarczy, którego nie raz używała w Departamencie Tajemnic, gdy oglądali jakieś podejrzane rzeczy i bardzo istotne było zabezpieczenia się przed potencjalnymi wybuchami, wyrastającymi zwłokom szponami i tym podobnymi atrakcjami. Złocista postać rozsypała się na kawałki, podobnie jak złota powierzchnia lustra: odłamki posypały się na wszystkie strony i odbiły od wyczarowanej przez Charlotte tarczy.
Kroki były już doskonale słyszalne.
Nie żeby Kelly się bała konfrontacji z charłakiem – wariatem, ale jakoś atmosfera tego miejsca, panika ducha i niepokój Jonathana zaczęły udzielać się i jej. A wspaniały artefakt przestał istnieć, nie miała tu już co badać (no do licha!), porwała jedynie jeden z odłamków i wsunęła go do torebki. A potem chwyciła Selwyna za rękę i chciała pociągnąć w stronę wyjścia z tunelu, tyle że…
…nie zdążyła.
Drzwi rozwarły się i na progu stanęło trzech ludzi. Na przedzie znalazł się młody, przystojny Włoch, tak jak większość mieszkańców tych terenów ciemnowłosy, o ciemnej karnacji, wysoki, dobrze zbudowany z niebezpiecznym błyskiem w oko. Ubrany na czarno (w tych upałach, doprawdy! – pomyślała Charlotte), z całą pewnością w kieszeni miał broń (na całe szczęście, jeśli nosił przy sobie pistolet, to może faktycznie był charłakiem i nie miał różdżki? Dłoń ze swoją tak na wszelki wypadek Charlie schowała za plecami), i ogólnie wyglądał jak model do okładki jakiegoś romansu mafijnego, gdyby ktoś był dostatecznie szalony, aby romantyzować lubujących się w mordowaniu i porwaniach przestępców.
– Wiedziałam, że cię tu znajdę – powiedział, wpatrując się w Jonathana, ale zaraz jego spojrzenie przesunęło się na lustro i oczy otworzyły się szerzej. – Moje lustro…
– Samo pękło na widok Johny’ego – skłamała bezczelnie Charlotte, zwracając na siebie uwagę wszystkich trzech mężczyzn.
– Kobieto, masz pojęcie, ile ono było warte? – wycedził główny bohater tej historii, a Charlotte kątem oka zauważyła, że duch tymczasem skulił się w kącie, i zaczął kołysać w tył i w przód, jak dziecko z chorobą sierocą. – Ale nie szkodzi. Odpracujecie dla mnie ten dług. Zostaniesz tu kolejne 365 dni…
Duch jęknął potępieńczo i Charlotte upewniła się w jednym: szanowny pan mafiozo go nie widział.
– W lustrze pojawił się mężczyzna, bardzo podobny do mojego towarzysza, i właściwie to identyczny z tym portrecikiem, o tutaj, który przedstawił się jako Gionata, powiedział, że zastrzelono go strzałem o, tutaj, i że niszczy to lustro tak, jak zniszczy wszystko inne w tym domu, jego nie doczeka się godnego pochówku – wystrzeliła, jak przystało na osobę absolutnie pozbawioną normalnych emocji i instynktu samozachowawczego, nieświadomą, że przy członkach mafii należałoby zachowywać się rozsądniej. Ach, jak teraz żałowała, że nie ćwiczyła pilniej magii bezróżdżkowej… - A to o czym mówisz, to się nazywa porwanie i przetrzymywanie, nie odpracowywanie długu.
Charlotte nie zdążyła jednak tego powiedzieć, bo Jonathan już wyciągnął różdżkę i już, już rzucał zaklęcie. Kelly syknęła, sama stawiając pośpiesznie zaklęcie tarczy, którego nie raz używała w Departamencie Tajemnic, gdy oglądali jakieś podejrzane rzeczy i bardzo istotne było zabezpieczenia się przed potencjalnymi wybuchami, wyrastającymi zwłokom szponami i tym podobnymi atrakcjami. Złocista postać rozsypała się na kawałki, podobnie jak złota powierzchnia lustra: odłamki posypały się na wszystkie strony i odbiły od wyczarowanej przez Charlotte tarczy.
Kroki były już doskonale słyszalne.
Nie żeby Kelly się bała konfrontacji z charłakiem – wariatem, ale jakoś atmosfera tego miejsca, panika ducha i niepokój Jonathana zaczęły udzielać się i jej. A wspaniały artefakt przestał istnieć, nie miała tu już co badać (no do licha!), porwała jedynie jeden z odłamków i wsunęła go do torebki. A potem chwyciła Selwyna za rękę i chciała pociągnąć w stronę wyjścia z tunelu, tyle że…
…nie zdążyła.
Drzwi rozwarły się i na progu stanęło trzech ludzi. Na przedzie znalazł się młody, przystojny Włoch, tak jak większość mieszkańców tych terenów ciemnowłosy, o ciemnej karnacji, wysoki, dobrze zbudowany z niebezpiecznym błyskiem w oko. Ubrany na czarno (w tych upałach, doprawdy! – pomyślała Charlotte), z całą pewnością w kieszeni miał broń (na całe szczęście, jeśli nosił przy sobie pistolet, to może faktycznie był charłakiem i nie miał różdżki? Dłoń ze swoją tak na wszelki wypadek Charlie schowała za plecami), i ogólnie wyglądał jak model do okładki jakiegoś romansu mafijnego, gdyby ktoś był dostatecznie szalony, aby romantyzować lubujących się w mordowaniu i porwaniach przestępców.
– Wiedziałam, że cię tu znajdę – powiedział, wpatrując się w Jonathana, ale zaraz jego spojrzenie przesunęło się na lustro i oczy otworzyły się szerzej. – Moje lustro…
– Samo pękło na widok Johny’ego – skłamała bezczelnie Charlotte, zwracając na siebie uwagę wszystkich trzech mężczyzn.
– Kobieto, masz pojęcie, ile ono było warte? – wycedził główny bohater tej historii, a Charlotte kątem oka zauważyła, że duch tymczasem skulił się w kącie, i zaczął kołysać w tył i w przód, jak dziecko z chorobą sierocą. – Ale nie szkodzi. Odpracujecie dla mnie ten dług. Zostaniesz tu kolejne 365 dni…
Duch jęknął potępieńczo i Charlotte upewniła się w jednym: szanowny pan mafiozo go nie widział.
– W lustrze pojawił się mężczyzna, bardzo podobny do mojego towarzysza, i właściwie to identyczny z tym portrecikiem, o tutaj, który przedstawił się jako Gionata, powiedział, że zastrzelono go strzałem o, tutaj, i że niszczy to lustro tak, jak zniszczy wszystko inne w tym domu, jego nie doczeka się godnego pochówku – wystrzeliła, jak przystało na osobę absolutnie pozbawioną normalnych emocji i instynktu samozachowawczego, nieświadomą, że przy członkach mafii należałoby zachowywać się rozsądniej. Ach, jak teraz żałowała, że nie ćwiczyła pilniej magii bezróżdżkowej… - A to o czym mówisz, to się nazywa porwanie i przetrzymywanie, nie odpracowywanie długu.