13.07.2024, 17:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.07.2024, 17:06 przez Brenna Longbottom.)
– Wcześniej to były… zwykłe rzeczy, zwykłe problemy – powiedziała Brenna, niepewna, czy w ogóle potrafi ubrać to w słowa. – Może i poważne, jak śmierć kogoś bliskiego, może czasem też… rzadkie, jak pogryzienie przez wilkołaka, dzieciak rozerwany przez wampira w bocznej uliczce albo dwa opętania w jednym domu, ale jednak no… coś co się może zdarzyć, po prostu normalnie jest raczej rzadkie. A teraz stare rytuały działają inaczej i doprowadzają ludzi do szaleństwa, pęka granica z Limbo, pojawiają się potwory wysysające młodość i w całej Anglii rosną zmutowane rośliny, a podczas Lithy ludzie mają dziwne halucynacje albo oglądają oblicze bogini, która chyba nie jest zbyt zachwycona tym, co się stało. To nie na moją głowę.
Czytanie o tym w powieściach przygodowych było czymś zupełnie innym niż uczestniczenie, a książki były tylko książkami, wytworem wyobraźni. Brenna może i przysypiała na lekcjach historii magii, ale czasem coś wpadło jej w ucho – i to zwykle były rebelie goblińskie, czasem jakieś walki czarodziejów, ale nie przypominała sobie niczego o magii oplatającej całą Anglię i wywołującą szaleństwo roślin ani o ludziach, wchodzących do Limbo czy o zabijaniu bogiń.
I co gorsza przeczuwała, że to tylko początek.
Włamanie od mieszkania Thorana Yaxleya było przy tym wszystkim przyjemnie… przyziemne, nawet jeśli wymagało skakania z balkonów całkiem spory kawałek nad tą ziemią. Przynajmniej dopóki nie myślała, że może faktycznie coś odmieniło podczas Beltane i jego. Ale wciąż: kłopotliwy sąsiad, wkurwiający gość, atakujący zwierzęta czy robiący jej żarty był czymś, co po prostu mogło się zdarzyć.
Brenna obserwowała każdy ruch Victorii, z wyciągniętą różdżką, gotowa rzucać zaklęcia, a gdy tylko ta znalazła się w zasięgu, wychyliła się przez balkon by ją asekurować i pomóc dostać się bezpiecznie do celu. Napięcie opadło z niej, ramiona rozluźniły się, kiedy Lestrange też znalazła się na balkonie Thorana.
Odczekała spokojnie aż Victoria skończy rzucać zaklęcia, a gdy nic nie wybuchło im w twarze, sama rzuciła czar, popychając za jego pomocą drzwi balkonowe. Nie weszła od razu do środka, najpierw zaglądając w ciemność pokoju, chcąc zorientować się, czy Thoran Yaxley nie chrapie na przykład na kanapie.
– Jak dawno słyszałaś te bębny? – spytała bardzo cicho, trochę skonsternowana, bo nie widziała ani Thorana, ani żadnych bębnów, ani… w ogóle niczego, co wskazywałoby na to, że ktoś tutaj mieszkał. Machnęła różdżką, wrzucając do środka najpierw kilka kamyczków: nie spodziewała się może, aby takie mieszkanie było niezwykle dobrze chronione, ale Thoran zdawał się władać jakąś dziwną magią.
Nic się jednak nie stało i Brenna wreszcie przekroczyła próg, wciąż powoli. To że w tym pokoju niczego nie widziała, nie oznaczało, że w mieszkaniu nie było innych pomieszczeń. Tylko czy skoro Victoria słyszała te bębny tak wyraźnie, nie powinien grać na nich tutaj, skoro ten pokój graniczył z jej kamienicą przez ścianę…? Czy zdążył się wynieść tego wieczora?
Czytanie o tym w powieściach przygodowych było czymś zupełnie innym niż uczestniczenie, a książki były tylko książkami, wytworem wyobraźni. Brenna może i przysypiała na lekcjach historii magii, ale czasem coś wpadło jej w ucho – i to zwykle były rebelie goblińskie, czasem jakieś walki czarodziejów, ale nie przypominała sobie niczego o magii oplatającej całą Anglię i wywołującą szaleństwo roślin ani o ludziach, wchodzących do Limbo czy o zabijaniu bogiń.
I co gorsza przeczuwała, że to tylko początek.
Włamanie od mieszkania Thorana Yaxleya było przy tym wszystkim przyjemnie… przyziemne, nawet jeśli wymagało skakania z balkonów całkiem spory kawałek nad tą ziemią. Przynajmniej dopóki nie myślała, że może faktycznie coś odmieniło podczas Beltane i jego. Ale wciąż: kłopotliwy sąsiad, wkurwiający gość, atakujący zwierzęta czy robiący jej żarty był czymś, co po prostu mogło się zdarzyć.
Brenna obserwowała każdy ruch Victorii, z wyciągniętą różdżką, gotowa rzucać zaklęcia, a gdy tylko ta znalazła się w zasięgu, wychyliła się przez balkon by ją asekurować i pomóc dostać się bezpiecznie do celu. Napięcie opadło z niej, ramiona rozluźniły się, kiedy Lestrange też znalazła się na balkonie Thorana.
Odczekała spokojnie aż Victoria skończy rzucać zaklęcia, a gdy nic nie wybuchło im w twarze, sama rzuciła czar, popychając za jego pomocą drzwi balkonowe. Nie weszła od razu do środka, najpierw zaglądając w ciemność pokoju, chcąc zorientować się, czy Thoran Yaxley nie chrapie na przykład na kanapie.
– Jak dawno słyszałaś te bębny? – spytała bardzo cicho, trochę skonsternowana, bo nie widziała ani Thorana, ani żadnych bębnów, ani… w ogóle niczego, co wskazywałoby na to, że ktoś tutaj mieszkał. Machnęła różdżką, wrzucając do środka najpierw kilka kamyczków: nie spodziewała się może, aby takie mieszkanie było niezwykle dobrze chronione, ale Thoran zdawał się władać jakąś dziwną magią.
Nic się jednak nie stało i Brenna wreszcie przekroczyła próg, wciąż powoli. To że w tym pokoju niczego nie widziała, nie oznaczało, że w mieszkaniu nie było innych pomieszczeń. Tylko czy skoro Victoria słyszała te bębny tak wyraźnie, nie powinien grać na nich tutaj, skoro ten pokój graniczył z jej kamienicą przez ścianę…? Czy zdążył się wynieść tego wieczora?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.