15.07.2024, 07:46 ✶
Mavelle owszem, wspomniała o tym Brennie - i ta wolała za wiele o tym nie rozmyślać, bo sugerowało to, że po pierwsze, może popełnili błąd słuchając Dumbledore'a, po drugie, oklumencja wbrew temu, co sądziła Brenna albo nie stanowiła ochrony, albo Lestrange została z jakiegoś powodu wybrana, po trzecie wreszcie: bogini naprawdę szukała kogoś, kto ją obroni.
I nie udało się tego zrobić. Voldemort ją dorwał. A co za świat, w którym czarnoksiężnik może zabić boginię?
Kolejna sprawa nie na brennowy rozum. A naprawdę była już na siebie dostatecznie wściekła za popełnione podczas sabatu błędy.
- Wątpię, by zwinął się w tym czasie... - mruknęła Brenna, przechodząc pomiędzy pokojami i zaglądając w każdy kąt. Początkowo bardzo cicho, ostrożnie, potem, gdy już było jasne, że są same, coraz śmielej. Zapaliła nawet wreszcie światło za pomocą lumos, by nie przeoczyć czegoś dziwnego: skrytki, rzeźby, pamiętniczka, w którym Thoran zapisywałby plany obalenia rządu... niczego takiego jednak nie dostrzegła. W ogóle nie zauważyła niczego. Yaxley mógł się teleportować, użyć świstoklika, sieci fiuu, ale przecież nie spakował nagle tych afrykańskich bębnów do kieszeni, skoro wcześniej tak długo męczył nimi Victorię. Poza tym nie było tu widać niczego, co wskazywałoby na to, że mężczyzna w ogóle częściej tu przebywał, nie mówiąc już o mieszkaniu! Gdyby nie to, że Brenna sama ledwo tego ranka była świadkiem dziwnego zachowania Yaxleya, być może zaczęłaby się zastanawiać, czy ktos nie trzasnął Victorii jakimś zaklęciem albo te bębny nke były kolejnym, dziwnym objawem po Beltane... - Może to nigdy nie były instrumenty? Tylko od początku jakieś zaklęcie? Ale to by oznaczało, że... od początku chodziło mu... o ciebie? - powiedziała, oglądając się ma Victorię. Bo skoro tylko ona ie słyszała, czy czar nie byłby wycelowany w nią? Ale po co? Wkurwiała go samym swoim istnieniem i chciał jej zrobić na złość? Tak jak uwziął się na Laurenta i jego podopiecznych, jak postanowił zakpić z Brenny, gdy pojawiła się okazja? A może liczył, że do czegoś ją sprowokuje? Albo znowu powracało to Beltane, naprawdę jego przemiana miała jakiś związek ze świętem i chodziło o zimną?
- Daj mi chwilkę - poprosiła i po sekundzie na podłodze nie stała już kobieta, a wilczyca. Obiegła wszystkie kąty, zajrzala nawet do łazienki, nim wreszcie wróciła do Victorii i zmieniła się spowrotem. - W ogóle nie czuję, żeby ktoś tu był - powiedziała skonsternowana. - Napiszę do Geraldine. Musi być jakiś sposób, żeby dorwać tego gada - stwierdziła, walcząc z irytacją, wywołaną zarówno tym, że nic nie osiągnęły, jak i całokształtem. Bo sprawa Thorana Yaxleya stawała się... coraz dziwniejsza. - Drzwiami tym razem?
I nie udało się tego zrobić. Voldemort ją dorwał. A co za świat, w którym czarnoksiężnik może zabić boginię?
Kolejna sprawa nie na brennowy rozum. A naprawdę była już na siebie dostatecznie wściekła za popełnione podczas sabatu błędy.
- Wątpię, by zwinął się w tym czasie... - mruknęła Brenna, przechodząc pomiędzy pokojami i zaglądając w każdy kąt. Początkowo bardzo cicho, ostrożnie, potem, gdy już było jasne, że są same, coraz śmielej. Zapaliła nawet wreszcie światło za pomocą lumos, by nie przeoczyć czegoś dziwnego: skrytki, rzeźby, pamiętniczka, w którym Thoran zapisywałby plany obalenia rządu... niczego takiego jednak nie dostrzegła. W ogóle nie zauważyła niczego. Yaxley mógł się teleportować, użyć świstoklika, sieci fiuu, ale przecież nie spakował nagle tych afrykańskich bębnów do kieszeni, skoro wcześniej tak długo męczył nimi Victorię. Poza tym nie było tu widać niczego, co wskazywałoby na to, że mężczyzna w ogóle częściej tu przebywał, nie mówiąc już o mieszkaniu! Gdyby nie to, że Brenna sama ledwo tego ranka była świadkiem dziwnego zachowania Yaxleya, być może zaczęłaby się zastanawiać, czy ktos nie trzasnął Victorii jakimś zaklęciem albo te bębny nke były kolejnym, dziwnym objawem po Beltane... - Może to nigdy nie były instrumenty? Tylko od początku jakieś zaklęcie? Ale to by oznaczało, że... od początku chodziło mu... o ciebie? - powiedziała, oglądając się ma Victorię. Bo skoro tylko ona ie słyszała, czy czar nie byłby wycelowany w nią? Ale po co? Wkurwiała go samym swoim istnieniem i chciał jej zrobić na złość? Tak jak uwziął się na Laurenta i jego podopiecznych, jak postanowił zakpić z Brenny, gdy pojawiła się okazja? A może liczył, że do czegoś ją sprowokuje? Albo znowu powracało to Beltane, naprawdę jego przemiana miała jakiś związek ze świętem i chodziło o zimną?
- Daj mi chwilkę - poprosiła i po sekundzie na podłodze nie stała już kobieta, a wilczyca. Obiegła wszystkie kąty, zajrzala nawet do łazienki, nim wreszcie wróciła do Victorii i zmieniła się spowrotem. - W ogóle nie czuję, żeby ktoś tu był - powiedziała skonsternowana. - Napiszę do Geraldine. Musi być jakiś sposób, żeby dorwać tego gada - stwierdziła, walcząc z irytacją, wywołaną zarówno tym, że nic nie osiągnęły, jak i całokształtem. Bo sprawa Thorana Yaxleya stawała się... coraz dziwniejsza. - Drzwiami tym razem?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.