15.07.2024, 12:51 ✶
Lecę do chłopaków i cieszę się, że żyją
Gnała na miotle, niepomna truposza, który został za nią. Później z pewnością, gdy wymieniały się opowieściami o tym zajściu wyściskała i podziękowała Brennie, teraz w całości skupiając się na braku ludzi na powierzchni oraz - w niedługim odstępie czasu - na wielkiej radości wynikającej z istnienia ludzi na powierzchni.
– Żyjecie! – krzyknęła, ignorując to, że ich przeciwnik miał ciało. Zamiast tego rzuciła się na szyję Jonathanowi i Thomasowi przyciskając ich do siebie (też korzystała z tego, że nie stoją, więc łatwiej było ich objąć i składać na skroniach i czołach zimne od stawu pocałunki). – Ja pierdole grubo, prawie utonęłam jak w swoim śnie! – To powinno brzmieć na bardziej przerażone zdanie, ale Millie cieszyła się bardzo z każdego okruchu jasnowidzenia w życiu wypełnionym bólem dupy, że nie potrafi widzieć przyszłości poza grzebaniem w kartach i dostrzeganiem omenów wkoło. I byłoby lepiej jakby to były dobre omeny.
Dopiero po chwili ogarnęła mózg na tyle by zauważyć ciało.
– O kurwa, wy nie mieliście szkieleta. To ta pizda? – zainteresowała się. – Eee.... ona żyje?
Miłość do Księżycowego Stawu ukorzeniała się w Millie, a fakt, że Erik podarował jej na urodziny jej własny portret w anturażu arcykapłanki (Ha! tam też jest Staw! I Księżyc! Oł em dżi! D O S K O N A L E powieszę go na swoich drzwiach jestem kurwa teraz panią tego jebanego domu, Nora weź mnie jeszcze raz pokaż to chłostanie kurzu, bo te podłogi wymagają dużo miłości) i że w końcu pozbywali się szkodników (Ale Breeeeeeeennnaaaaaa no proszę jeden Bogin w piwnicy, dom bez bogina to jak kiecka bez szpilek i na prawdę jebie mnie to że nie nosze ani kiecek ani tych jebanych butów do torturowania kobiet) sprawiał, że była prawie pewna, że to miejsce będzie przez nią bardzo często odwiedzane. Że to miejsce... kto wie, być może... stanie się jej domem.
Gnała na miotle, niepomna truposza, który został za nią. Później z pewnością, gdy wymieniały się opowieściami o tym zajściu wyściskała i podziękowała Brennie, teraz w całości skupiając się na braku ludzi na powierzchni oraz - w niedługim odstępie czasu - na wielkiej radości wynikającej z istnienia ludzi na powierzchni.
– Żyjecie! – krzyknęła, ignorując to, że ich przeciwnik miał ciało. Zamiast tego rzuciła się na szyję Jonathanowi i Thomasowi przyciskając ich do siebie (też korzystała z tego, że nie stoją, więc łatwiej było ich objąć i składać na skroniach i czołach zimne od stawu pocałunki). – Ja pierdole grubo, prawie utonęłam jak w swoim śnie! – To powinno brzmieć na bardziej przerażone zdanie, ale Millie cieszyła się bardzo z każdego okruchu jasnowidzenia w życiu wypełnionym bólem dupy, że nie potrafi widzieć przyszłości poza grzebaniem w kartach i dostrzeganiem omenów wkoło. I byłoby lepiej jakby to były dobre omeny.
Dopiero po chwili ogarnęła mózg na tyle by zauważyć ciało.
– O kurwa, wy nie mieliście szkieleta. To ta pizda? – zainteresowała się. – Eee.... ona żyje?
Miłość do Księżycowego Stawu ukorzeniała się w Millie, a fakt, że Erik podarował jej na urodziny jej własny portret w anturażu arcykapłanki (Ha! tam też jest Staw! I Księżyc! Oł em dżi! D O S K O N A L E powieszę go na swoich drzwiach jestem kurwa teraz panią tego jebanego domu, Nora weź mnie jeszcze raz pokaż to chłostanie kurzu, bo te podłogi wymagają dużo miłości) i że w końcu pozbywali się szkodników (Ale Breeeeeeeennnaaaaaa no proszę jeden Bogin w piwnicy, dom bez bogina to jak kiecka bez szpilek i na prawdę jebie mnie to że nie nosze ani kiecek ani tych jebanych butów do torturowania kobiet) sprawiał, że była prawie pewna, że to miejsce będzie przez nią bardzo często odwiedzane. Że to miejsce... kto wie, być może... stanie się jej domem.