15.07.2024, 20:09 ✶
Morpheus i Erik mieli chwilowo zabezpieczyć ich „zdobycz”, nim będą mogli zastanowić się, jak ją zniszczyć – żadne z nich chyba nie ufało tej broni i Brenna bardzo nie chciała, aby okazało się, że ktoś zostanie opętany. Zwłaszcza po tym, co wuj powiedział, zabierając sztylet z jaskini. Matka, na całe szczęście, była w sklepie Potterów, a chociaż ktoś pewnie jak zwykle kręcił się po domu, to gdzieś na dole. Za Cedriciem do salonu przydreptała więc jedynie skrzatka, która zajęta czymś innym nie od razu ruszyła do drzwi.
Uśmiechnęła się tylko do Cedrica i machnęła lekko poparzoną dłonią, niezbyt przejmując się jego złością: żałowała jedynie, że chłopak te obrażenia zmartwią, ale ktoś musiał ją poskładać, a Danielle nie było już pod ręką, z kolei Mungo byłby zbyt ryzykowny. Nie odzywała się najpierw, nie chcąc nadwyrężać gardła i wydobywać z siebie głosu nazbyt chrapliwego, nieprzyjemnego dla ucha. Czy wyłapała oznaki świadczące o tym, że coś jest nie tak? Nie w pierwszej chwili. Oko Brenny zwykle było bardzo baczne, gdy chodziło o wychwytywanie niewyspania, smutku czy złości u najbliższych, ale tego wieczora była zmęczona i obolała, a to przytępiało nieco zmysły. Dopiero gdy podał jej flakonik – wypiła go bez protestów, bo Brenna marudziła okropnie na próby uziemiania jej w łóżku, ale nigdy na smak zaordynowanych leków, poza tym chciała, by przestało boleć ją gardło – wyczuła zapach alkoholu, a potem przyjrzała się Lupinowi trochę uważnie, gdy on zajmował się jej dłońmi.
– Obrażeń wewnętrznych raczej nie ma – powiedziała w końcu: ale eliksir, cokolwiek Lupin jej nie podał, a może maść, sprawiła, że mówienie stało się łatwiejsze, a chociaż ręce dalej piekły, to szyja i krtań, którą starał się zmiażdżyć nieumarły, przestały dawać się we znaki tak mocno. – Dzięki, Ced, przepraszam za zawracanie głowy w dzień wolny, ale w szpitalu jakbym trafiła na Basiliusa, mógłby zadawać niewygodne pytania, na przykład „kto próbował cię udusić”.
Możliwe, że potraktowałby to jako część jej pracy, ale pewnie wszystko trafiłoby do jej akt, a Brenna wolała być z tym… ostrożna.
– Nie jest tak źle.
Nie chciała uzależniać się od środków przeciwbólowych. Poparzenia owszem, bolały na początku, ale zażyła eliksir wiggenowy, a teraz specyfiki zastosowane przez Cedricka z połączeniem z wyciągiem ze szczuroszeta powinny dopełnić dzieła i pozwolić skórze wygoić się dostatecznie szybko, by nie musiała faszerować się dodatkowymi eliksirami. Tak, ona mogła obyć się bez eliksirów przeciwbólowych, za to on wyglądał, jakby ktoś powinien go nakarmić – jak zdołał ujść przed matką w takim stanie? Czyżby pani Lupin była bardzo zajęta pracą albo gdzieś wyjechała?
– Malwa, przyniosłabyś Cedricowi lemoniadę? I może coś do poczęstowania? – poprosiła gładko, zwracając się do skrzatki, która śledziła poczynania uzdrowiciela wielkimi oczyma. Malwa widziała obrażenia u domowników wielokrotnie, ale nie oznaczało to, że się nimi nie przejmowała. – Usiądziesz na chwilę? – dodała, wskazując Lupinowi fotel.
Tak, dopiero wyszła z ciemności, która usiłowała pożreć ją, jej rodzinę, jej przyjaciół, tak, dusił ją ingernus i tak, oberwała „przyjaznym ogniem”, w sensie dosłownym.
Tak, chwilowo zamierzała odsunąć to wszystko na bok i spróbować dowiedzieć się, co się dzieje.
Uśmiechnęła się tylko do Cedrica i machnęła lekko poparzoną dłonią, niezbyt przejmując się jego złością: żałowała jedynie, że chłopak te obrażenia zmartwią, ale ktoś musiał ją poskładać, a Danielle nie było już pod ręką, z kolei Mungo byłby zbyt ryzykowny. Nie odzywała się najpierw, nie chcąc nadwyrężać gardła i wydobywać z siebie głosu nazbyt chrapliwego, nieprzyjemnego dla ucha. Czy wyłapała oznaki świadczące o tym, że coś jest nie tak? Nie w pierwszej chwili. Oko Brenny zwykle było bardzo baczne, gdy chodziło o wychwytywanie niewyspania, smutku czy złości u najbliższych, ale tego wieczora była zmęczona i obolała, a to przytępiało nieco zmysły. Dopiero gdy podał jej flakonik – wypiła go bez protestów, bo Brenna marudziła okropnie na próby uziemiania jej w łóżku, ale nigdy na smak zaordynowanych leków, poza tym chciała, by przestało boleć ją gardło – wyczuła zapach alkoholu, a potem przyjrzała się Lupinowi trochę uważnie, gdy on zajmował się jej dłońmi.
– Obrażeń wewnętrznych raczej nie ma – powiedziała w końcu: ale eliksir, cokolwiek Lupin jej nie podał, a może maść, sprawiła, że mówienie stało się łatwiejsze, a chociaż ręce dalej piekły, to szyja i krtań, którą starał się zmiażdżyć nieumarły, przestały dawać się we znaki tak mocno. – Dzięki, Ced, przepraszam za zawracanie głowy w dzień wolny, ale w szpitalu jakbym trafiła na Basiliusa, mógłby zadawać niewygodne pytania, na przykład „kto próbował cię udusić”.
Możliwe, że potraktowałby to jako część jej pracy, ale pewnie wszystko trafiłoby do jej akt, a Brenna wolała być z tym… ostrożna.
– Nie jest tak źle.
Nie chciała uzależniać się od środków przeciwbólowych. Poparzenia owszem, bolały na początku, ale zażyła eliksir wiggenowy, a teraz specyfiki zastosowane przez Cedricka z połączeniem z wyciągiem ze szczuroszeta powinny dopełnić dzieła i pozwolić skórze wygoić się dostatecznie szybko, by nie musiała faszerować się dodatkowymi eliksirami. Tak, ona mogła obyć się bez eliksirów przeciwbólowych, za to on wyglądał, jakby ktoś powinien go nakarmić – jak zdołał ujść przed matką w takim stanie? Czyżby pani Lupin była bardzo zajęta pracą albo gdzieś wyjechała?
– Malwa, przyniosłabyś Cedricowi lemoniadę? I może coś do poczęstowania? – poprosiła gładko, zwracając się do skrzatki, która śledziła poczynania uzdrowiciela wielkimi oczyma. Malwa widziała obrażenia u domowników wielokrotnie, ale nie oznaczało to, że się nimi nie przejmowała. – Usiądziesz na chwilę? – dodała, wskazując Lupinowi fotel.
Tak, dopiero wyszła z ciemności, która usiłowała pożreć ją, jej rodzinę, jej przyjaciół, tak, dusił ją ingernus i tak, oberwała „przyjaznym ogniem”, w sensie dosłownym.
Tak, chwilowo zamierzała odsunąć to wszystko na bok i spróbować dowiedzieć się, co się dzieje.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.