16.07.2024, 00:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2024, 00:32 przez Erik Longbottom.)
Nawet nie przeszło mu przez myśl, że Shafiq opowiadał mu o tym wszystkim tylko po to, aby chełpić się swoim majątkiem, który zdołał przez ostatnie lata rozmnożyć w bezpiecznej przystani Banku Gringotta. Chociaż przez dłuższy czas nie mieli ze sobą stałego kontaktu, tak nawet teraz Erik miał świadomość, że starszy czarodziej nie robił niczego bezcelowo. Nie wyprawiał się na zagraniczne podróże do Egiptu czy Islandii z nudów, a z potrzeby poznania innych zakątków tego świata.
Może nadmiernie go gloryfikował, próbując podszyć działania mężczyzny dodatkową warstwą motywacji; czymś głębszym, piękniejszym i ludzkim, niźli obowiązki zawodowe czy akt wydawania pieniędzy, tylko dlatego, że ma ich tak wiele, że nie musi się nimi martwić. Czy w podobny sposób postrzegał winnice Antoniusza? Może nie kupował ich tylko po to, żeby chwalić się, że je ma, a żeby w końcu nazwać coś swoją własnością? Coś, w co wlał zainteresowanie, pieniądze, ale także czas wymagany na zgłębienie danej niszy?
— Dobrze wiedzieć, że i ty masz miejsce, w którym możemy poczuć się spokojnie — rzucił do swego towarzysza, uśmiechając się nieznacznie na posłaną ku niemu sugestię. — A łódź... Cóż, głównie działa na żagiel. — Zmarszczył lekko brwi, gdy Anthony zaczął wypytywać o konkretne specyfikacje. — Nie mam dużego doświadczania z jachtami tego typu. Z tego, co mi powiedzieli przy odbiorze, jest pole na rozbudowanie mechanizmów magicznych zasilających samą łódź.
Pokiwał powoli głową, przypominając sobie treść kilkuczęściowego podręcznika, który znalazł w jednym ze schowków w trzewiach ''Ersy''. Kojarzył też, że przy dopięciu kwestii remontu generalnego łodzi opowiadano mu nawet o tym, że co bardziej majętni czarodzieje potrafili wyłożyć ogromne sumy na to, aby ich środek transportu mógł podróżować pod powierzchnią wody lub poruszać się na podstawie poleceń mentalnych właściciela. To dopiero byłoby cacko.
— Cóż, teraz zostaje nam już chyba tylko niebo, czyż nie? — odparł rozbawionym głosem, mimowolnie wznosząc czoło ku nieboskłonowi. — Podziemne jaskinie odpadają, woda na powierzchni odpada, więc pozostaje nam chyba tylko życie pośród chmur.
Przecież nie chcielibyśmy się przekopywać z moich jaskiń do piekła, pomyślał, zauważając, że w gruncie rzeczy pozostawały im jedynie ''ekstremalne'' domeny żywiołów. Ziemia odpadała przez klaustrofobiczne jamy, pieczary i groty. Woda musiała zostać skreślona z listy przez strach Antoniusza, a więc pozostawały im ognie piekielne lub wietrzyk pośród chmur, na których aniołki będą grały im na harfach i lirach.
— Mam uwierzyć, że pozycja, w której cię postawiono, nie była wygodna? — spytał z wyraźną nutą przekory w głosie, mrugając w zdziwieniu. — Myślałem, że bycie na scenie z dwoma przystojnymi mężczyznami i otoczonym przez publiczność zachwyconą twoją osobowością będzie co najmniej wygodne.
Westchnął przeciągle, gdy Shafiq postanowił zignorować jego ofertę pomocy, a zamiast tego sięgnął po magię. Ciekawe, czy podczas wyprawy w góry też by się tak zachowywał. Może zamiast zapieprzania z ciężkim plecakiem przez kilka godzin po stromym szlaku po prostu teleportowałby się na punkt widokowy lub wsiadł do bryczki czarodziejów ciągniętej przez skrzydlate konie, żeby podziwiać naturę z góry? Pokręcił głową z rozżaleniem.
— Lenistwo czy spryt? — skomentował z krzywą miną nagłą teleportację Anthony'ego. — Bo wiesz, że jakby się tak nad tym głębiej zastanowić, to...
Zamilkł, gdy poczuł, że palce mężczyzny wsuwają się między jego własne, splatając ich dłonie w ciasnym, zdecydowanym uścisku. Erik wypuścił powoli powietrze z ust i ruszył dalej, kierując ich między pobliskie krzaki, pośród których chwilę później zniknęli. Następnie czekał ich kolejny marsz zbogacony o liczne przerwy, kiedy to Longbottom rozglądał się na prawo i lewo, próbując namierzyć wzniesioną z drewnianych pali chałupę. Niecałe dziesięć minut później para zatrzymała się w końcu u celu ich podróży.
Podwórko było całe zarośnięte, przez co ciężko było od razu zorientować się, gdzie kończy się las, a zaczyna faktyczna działka. Nie było to duże zaskoczenie; trawa na tyłach Warowni potrafiła rozrosnąć się w ciągu kilku letnich dni, a tutaj nikt z rodziny nie był od dłuższego czasu. Erik westchnął cicho i zaczął wydeptywać im drogę do głównego wejścia, klepiąc się po kieszeniach, jakby chciał w ten sposób potwierdzić, że nie zawieruszył nigdzie klucza zabranego z Warowni.
Może nadmiernie go gloryfikował, próbując podszyć działania mężczyzny dodatkową warstwą motywacji; czymś głębszym, piękniejszym i ludzkim, niźli obowiązki zawodowe czy akt wydawania pieniędzy, tylko dlatego, że ma ich tak wiele, że nie musi się nimi martwić. Czy w podobny sposób postrzegał winnice Antoniusza? Może nie kupował ich tylko po to, żeby chwalić się, że je ma, a żeby w końcu nazwać coś swoją własnością? Coś, w co wlał zainteresowanie, pieniądze, ale także czas wymagany na zgłębienie danej niszy?
— Dobrze wiedzieć, że i ty masz miejsce, w którym możemy poczuć się spokojnie — rzucił do swego towarzysza, uśmiechając się nieznacznie na posłaną ku niemu sugestię. — A łódź... Cóż, głównie działa na żagiel. — Zmarszczył lekko brwi, gdy Anthony zaczął wypytywać o konkretne specyfikacje. — Nie mam dużego doświadczania z jachtami tego typu. Z tego, co mi powiedzieli przy odbiorze, jest pole na rozbudowanie mechanizmów magicznych zasilających samą łódź.
Pokiwał powoli głową, przypominając sobie treść kilkuczęściowego podręcznika, który znalazł w jednym ze schowków w trzewiach ''Ersy''. Kojarzył też, że przy dopięciu kwestii remontu generalnego łodzi opowiadano mu nawet o tym, że co bardziej majętni czarodzieje potrafili wyłożyć ogromne sumy na to, aby ich środek transportu mógł podróżować pod powierzchnią wody lub poruszać się na podstawie poleceń mentalnych właściciela. To dopiero byłoby cacko.
— Cóż, teraz zostaje nam już chyba tylko niebo, czyż nie? — odparł rozbawionym głosem, mimowolnie wznosząc czoło ku nieboskłonowi. — Podziemne jaskinie odpadają, woda na powierzchni odpada, więc pozostaje nam chyba tylko życie pośród chmur.
Przecież nie chcielibyśmy się przekopywać z moich jaskiń do piekła, pomyślał, zauważając, że w gruncie rzeczy pozostawały im jedynie ''ekstremalne'' domeny żywiołów. Ziemia odpadała przez klaustrofobiczne jamy, pieczary i groty. Woda musiała zostać skreślona z listy przez strach Antoniusza, a więc pozostawały im ognie piekielne lub wietrzyk pośród chmur, na których aniołki będą grały im na harfach i lirach.
— Mam uwierzyć, że pozycja, w której cię postawiono, nie była wygodna? — spytał z wyraźną nutą przekory w głosie, mrugając w zdziwieniu. — Myślałem, że bycie na scenie z dwoma przystojnymi mężczyznami i otoczonym przez publiczność zachwyconą twoją osobowością będzie co najmniej wygodne.
Westchnął przeciągle, gdy Shafiq postanowił zignorować jego ofertę pomocy, a zamiast tego sięgnął po magię. Ciekawe, czy podczas wyprawy w góry też by się tak zachowywał. Może zamiast zapieprzania z ciężkim plecakiem przez kilka godzin po stromym szlaku po prostu teleportowałby się na punkt widokowy lub wsiadł do bryczki czarodziejów ciągniętej przez skrzydlate konie, żeby podziwiać naturę z góry? Pokręcił głową z rozżaleniem.
— Lenistwo czy spryt? — skomentował z krzywą miną nagłą teleportację Anthony'ego. — Bo wiesz, że jakby się tak nad tym głębiej zastanowić, to...
Zamilkł, gdy poczuł, że palce mężczyzny wsuwają się między jego własne, splatając ich dłonie w ciasnym, zdecydowanym uścisku. Erik wypuścił powoli powietrze z ust i ruszył dalej, kierując ich między pobliskie krzaki, pośród których chwilę później zniknęli. Następnie czekał ich kolejny marsz zbogacony o liczne przerwy, kiedy to Longbottom rozglądał się na prawo i lewo, próbując namierzyć wzniesioną z drewnianych pali chałupę. Niecałe dziesięć minut później para zatrzymała się w końcu u celu ich podróży.
Podwórko było całe zarośnięte, przez co ciężko było od razu zorientować się, gdzie kończy się las, a zaczyna faktyczna działka. Nie było to duże zaskoczenie; trawa na tyłach Warowni potrafiła rozrosnąć się w ciągu kilku letnich dni, a tutaj nikt z rodziny nie był od dłuższego czasu. Erik westchnął cicho i zaczął wydeptywać im drogę do głównego wejścia, klepiąc się po kieszeniach, jakby chciał w ten sposób potwierdzić, że nie zawieruszył nigdzie klucza zabranego z Warowni.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞