16.07.2024, 02:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2024, 18:58 przez Atreus Bulstrode.)
Wywrócił oczami na jej słowa, odrobinę tylko może zniecierpliwiony, ale szybko doszedł do wniosku że jednak daruje sobie dalszą dyskusję na ten temat. Bo cokolwiek by nie powiedział, wcale dobrze by przy tym nie wypadł. Stwierdzenie, że dokładnie wiedział co robi, było wręcz uwłaczające, bo to znaczyłoby że świadomie szargał dobre imię swojej rodziny. A na ty Florence zależało bardzo. Jemu też, ale czasem odnosił mylne wrażenie, że podejmowane przez niego akcje nie zaszkodzą aż tak bardzo.
Teraz też nie był pewien, jak daleko idące może to wszystko mieć konsekwencje. Trochę optymistycznie zakładał, że Philip zrobi gówno. Może i zgłosi do go Departamentu, ale jedyne co dostanie od Harper za karę, to marne pouczenie, szczególnie biorąc pod uwagę fakt że chwilę potem musiał zająć się Hadesem. No i że nie był na służbie.
Nie wiedział też, jak właściwie Laurent zareaguje na te rewelacje. Jakaś jego część oczekiwała łez, albo innego równie emocjonalnego wybuchu. Ale śmiech? Atreus zerknął z ukosa na Florence, odrobinkę skonfundowany, a potem uśmiechnął się niemrawo. Cóż, ważne że humor dopisywał.
- Nie ma za co? - rzucił, ale wcale nie był pewien, czy było mu za co dziękować. Czuł się nie na miejscu, bo powiedzmy sobie szczerze - mało kto kiedykolwiek dziękował mu za jego wybuchy. Zazwyczaj patrzono wtedy na niego krzywo, albo karcono niedługo po tym, zwracając uwagę na to że takie zachowanie nie przystoi.
Teraz, odwrócił się znowu do swojego stroika, chcąc jemu poświęcić na nowo nieco więcej uwagi i oderwać w ten sposób myśli. Doczarował do niego parę kolejnych warzyw, dopełniając nimi kompozycję, chociaż ta przez to wcale nie stała się bardziej harmonijna. Ale postanowił już bardziej jej nie męczyć, zamiast tego dając sobie spokój, by wyciągnąć wcześniej zakupione przez Florence świece. Machnięcie różdżki przywołał także bochenek chleba, wcześniej przygotowany przez Jokera zgodnie z porannymi poleceniami. Ustawił jedno i drugie na niskim stoliku znajdującym się między kanapą i fotelami, świeczki wciskając jeszcze w świeczniki - trzy, po jednej dla każdego. Następnie jedną z nich, tę środkową, zapalił, myślami oddalając się do znajdującego w Little Hangleton domku, odziedziczonego po niedawno zmarłej ciotce. Niech matka ma je w swojej opiece, czy coś.
- Tak zwyczajnie zapalamy i już? - cofnął się, przez moment jeszcze wpatrując w łagodnie podrygujący płomień rozpalonej świecy, ale w końcu spoglądając to na Florence, to na Laurenta. On się nie znał, ale oni? Może lepiej zaznajomili się z instrukcjami, jeśli w ogóle jakieś były.
Teraz też nie był pewien, jak daleko idące może to wszystko mieć konsekwencje. Trochę optymistycznie zakładał, że Philip zrobi gówno. Może i zgłosi do go Departamentu, ale jedyne co dostanie od Harper za karę, to marne pouczenie, szczególnie biorąc pod uwagę fakt że chwilę potem musiał zająć się Hadesem. No i że nie był na służbie.
Nie wiedział też, jak właściwie Laurent zareaguje na te rewelacje. Jakaś jego część oczekiwała łez, albo innego równie emocjonalnego wybuchu. Ale śmiech? Atreus zerknął z ukosa na Florence, odrobinkę skonfundowany, a potem uśmiechnął się niemrawo. Cóż, ważne że humor dopisywał.
- Nie ma za co? - rzucił, ale wcale nie był pewien, czy było mu za co dziękować. Czuł się nie na miejscu, bo powiedzmy sobie szczerze - mało kto kiedykolwiek dziękował mu za jego wybuchy. Zazwyczaj patrzono wtedy na niego krzywo, albo karcono niedługo po tym, zwracając uwagę na to że takie zachowanie nie przystoi.
Teraz, odwrócił się znowu do swojego stroika, chcąc jemu poświęcić na nowo nieco więcej uwagi i oderwać w ten sposób myśli. Doczarował do niego parę kolejnych warzyw, dopełniając nimi kompozycję, chociaż ta przez to wcale nie stała się bardziej harmonijna. Ale postanowił już bardziej jej nie męczyć, zamiast tego dając sobie spokój, by wyciągnąć wcześniej zakupione przez Florence świece. Machnięcie różdżki przywołał także bochenek chleba, wcześniej przygotowany przez Jokera zgodnie z porannymi poleceniami. Ustawił jedno i drugie na niskim stoliku znajdującym się między kanapą i fotelami, świeczki wciskając jeszcze w świeczniki - trzy, po jednej dla każdego. Następnie jedną z nich, tę środkową, zapalił, myślami oddalając się do znajdującego w Little Hangleton domku, odziedziczonego po niedawno zmarłej ciotce. Niech matka ma je w swojej opiece, czy coś.
- Tak zwyczajnie zapalamy i już? - cofnął się, przez moment jeszcze wpatrując w łagodnie podrygujący płomień rozpalonej świecy, ale w końcu spoglądając to na Florence, to na Laurenta. On się nie znał, ale oni? Może lepiej zaznajomili się z instrukcjami, jeśli w ogóle jakieś były.