16.07.2024, 19:46 ✶
To aż zadziwiające jak łatwe staje się zastraszanie, kiedy twoja morda zakleja coraz większą powierzchnię murów czarodziejskich dzielnic. Przez łeb mu przeszło, że może powinien zadbać o większą rozpoznawalność niż obecna, tak żeby absolutnie każdy wiedział, jak źle może skończyć zadzierając z Umbrielem Degenhardtem, ale wtedy nawet niepatrolowana ulica stanie się dla niego zagrożeniem. Bo przerażeni ludzie zaczną wzywać Ministerstwo. Teraz... teraz jeszcze mógł unikać walk i bezpośredniego konfliktu, a jego wielki plan wielkiej autodestrukcji, największe dzieło, jakiego muzyk się podjął, miał szansę stania się czymś domkniętym - jeżeli zginie przedwcześnie, nie uda mu się domknąć wszystkich niezbędnych elementów. Nigdy nie osiągnie doskonałości, do jakiej chciał dążyć.
Mężczyzna ewidentnie się go przestraszył, Umbrielowi to nie wystarczyło i wciąż na niego naciskał, nawet po znaku danym mu przez Geraldine. Słowa opuszczające jego gębę stawały się coraz bardziej odrażające - tego człowieka niewiele obrzydzało, od dawna nie ruszał go odór gnijącego lub palonego mięsa, upadł moralnie tak nisko, aby nie rozróżniać już za bardzo ciężaru, jaki powinien nosić w sobie wraz z tym co robił. To była przecież sztuka. Sztuka tkana emocjami, jakie czuł. Teraz czuł gniew - piękny, gorący, czerwony gniew zalewający jego żyły, duszący go, gryzący go w płuca jak ciężki dym. Wiecie, co to znaczyło, prawda? Gdyby ciął go teraz zaklęciem, gdyby uniósł różdżkę i podjął decyzję o jego śmierci, udałoby mu się dokonać idealnego aktu mordu, po którym Szczekający Pies utonąłby w smrodzie tejże spalenizny. Odór popiołu towarzyszył mu przy każdym kroku, ale nic nie równało się przecież z zapachem świeżo użytego, czarnomagicznego zaklęcia.
Czarna magia pachniała tak, jakby ktoś podpalił komuś duszę.
- Uznam to za zgodę - stwierdził wreszcie, przesuwając jedną z przygotowanych na dzisiaj sakiewek w jego kierunku. Zdawał sobie sprawę z tego, że mógłby się o te skóry targować, ale nie chciał w takiej sytuacji wyjść na dusigrosza, bo typ pomyślałby sobie, że to desperacja wynikająca z braku pieniędzy. Oh, Degenhardt miał ich przecież pod dostatkiem, właściwie to nie wiedział, co z nimi robić, bo przygody na salonach przestały go interesować, a Lavinia już teraz żyła dobrze - w co niby mógł je inwestować?
- Bierz to, ty przebrzydły bydlaku, ale nie myśl, że jeszcze kiedyś zechcę dobić jakiegoś interesu.
Degenhardt uśmiechnął się nieprzyjemnie. Przez kilka sekund nie mówił nic, a później zaśmiał się cicho, robiąc minę, jakby chciał rzucić mu jakieś wyzwanie. On wcale nie musiał chcieć dobić z nim interesu. Zostawił już na jego psychice ślad gwarantujący to, że jeżeli zechce kupić coś jeszcze, handlarz będzie wiedział, jak łatwo pozbyć się Szweda ze swojego śmierdzącego stęchlizną mieszkania - da mu to czego chce w zamian za pieniądze i rozejdą się w spokoju.
- To dobra decyzja - odpowiedział mu już niemal całkowicie spokojnie, chociaż jeszcze odrobina emocji nie zdążyła opaść, tliła się gdzieś w błękitnej tęczówce, nieustannie przypominając o tętniącej w nim szaleństwie.
Nie skomentował tego, co zrobiła Geraldine. Zdenerwowało go to, ale bardziej... nie zrozumiał, o co właściwie jej chodziło. Nie chciała raczej rzucać się w oczy, powiązanie się z całą tą sytuacją wydawało się strzałem w stopę. Wywrócił oczyma, widząc jak ten dziad ją przeprasza i próbuje wytrzeć z piwa chustką, wcześniej używaną do ścierania potu z czoła.
- Biorę co moje - i nic tu po nim. Zgarnął ten fragment buchorożca do torby, z którą tutaj przyszedł i zniknął ze Szczekającego Psa, chociaż nie był to koniec zadań na jego liście. Kiedy po rozwiązaniu sytuacji Yaxley próbowała opuścić bar, Degenhardt wynurzył się z cienia i wręczył jej woreczek ze srebrem. - Gratulacje, teraz każdy z tych typów powiąże nasze twarze ze sobą - rzucił, a później zmierzył ją spojrzeniem. - Nie spodziewałem się tego. - Ale to nie było nic, co mogłoby go w jakikolwiek sposób zachwycić.
Tak się więc rozstali i nic nie wskazywało na to, aby mieli spotkać się w najbliższym czasie.
Mężczyzna ewidentnie się go przestraszył, Umbrielowi to nie wystarczyło i wciąż na niego naciskał, nawet po znaku danym mu przez Geraldine. Słowa opuszczające jego gębę stawały się coraz bardziej odrażające - tego człowieka niewiele obrzydzało, od dawna nie ruszał go odór gnijącego lub palonego mięsa, upadł moralnie tak nisko, aby nie rozróżniać już za bardzo ciężaru, jaki powinien nosić w sobie wraz z tym co robił. To była przecież sztuka. Sztuka tkana emocjami, jakie czuł. Teraz czuł gniew - piękny, gorący, czerwony gniew zalewający jego żyły, duszący go, gryzący go w płuca jak ciężki dym. Wiecie, co to znaczyło, prawda? Gdyby ciął go teraz zaklęciem, gdyby uniósł różdżkę i podjął decyzję o jego śmierci, udałoby mu się dokonać idealnego aktu mordu, po którym Szczekający Pies utonąłby w smrodzie tejże spalenizny. Odór popiołu towarzyszył mu przy każdym kroku, ale nic nie równało się przecież z zapachem świeżo użytego, czarnomagicznego zaklęcia.
Czarna magia pachniała tak, jakby ktoś podpalił komuś duszę.
- Uznam to za zgodę - stwierdził wreszcie, przesuwając jedną z przygotowanych na dzisiaj sakiewek w jego kierunku. Zdawał sobie sprawę z tego, że mógłby się o te skóry targować, ale nie chciał w takiej sytuacji wyjść na dusigrosza, bo typ pomyślałby sobie, że to desperacja wynikająca z braku pieniędzy. Oh, Degenhardt miał ich przecież pod dostatkiem, właściwie to nie wiedział, co z nimi robić, bo przygody na salonach przestały go interesować, a Lavinia już teraz żyła dobrze - w co niby mógł je inwestować?
- Bierz to, ty przebrzydły bydlaku, ale nie myśl, że jeszcze kiedyś zechcę dobić jakiegoś interesu.
Degenhardt uśmiechnął się nieprzyjemnie. Przez kilka sekund nie mówił nic, a później zaśmiał się cicho, robiąc minę, jakby chciał rzucić mu jakieś wyzwanie. On wcale nie musiał chcieć dobić z nim interesu. Zostawił już na jego psychice ślad gwarantujący to, że jeżeli zechce kupić coś jeszcze, handlarz będzie wiedział, jak łatwo pozbyć się Szweda ze swojego śmierdzącego stęchlizną mieszkania - da mu to czego chce w zamian za pieniądze i rozejdą się w spokoju.
- To dobra decyzja - odpowiedział mu już niemal całkowicie spokojnie, chociaż jeszcze odrobina emocji nie zdążyła opaść, tliła się gdzieś w błękitnej tęczówce, nieustannie przypominając o tętniącej w nim szaleństwie.
Nie skomentował tego, co zrobiła Geraldine. Zdenerwowało go to, ale bardziej... nie zrozumiał, o co właściwie jej chodziło. Nie chciała raczej rzucać się w oczy, powiązanie się z całą tą sytuacją wydawało się strzałem w stopę. Wywrócił oczyma, widząc jak ten dziad ją przeprasza i próbuje wytrzeć z piwa chustką, wcześniej używaną do ścierania potu z czoła.
- Biorę co moje - i nic tu po nim. Zgarnął ten fragment buchorożca do torby, z którą tutaj przyszedł i zniknął ze Szczekającego Psa, chociaż nie był to koniec zadań na jego liście. Kiedy po rozwiązaniu sytuacji Yaxley próbowała opuścić bar, Degenhardt wynurzył się z cienia i wręczył jej woreczek ze srebrem. - Gratulacje, teraz każdy z tych typów powiąże nasze twarze ze sobą - rzucił, a później zmierzył ją spojrzeniem. - Nie spodziewałem się tego. - Ale to nie było nic, co mogłoby go w jakikolwiek sposób zachwycić.
Tak się więc rozstali i nic nie wskazywało na to, aby mieli spotkać się w najbliższym czasie.
Postać opuszcza sesję
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me