List od Anthony'ego wywołał niepokój. W pierwszej chwili pojawienie się ogromnej harpii wywołała uśmiech na młodej twarzy i ekscytację, bo wuj nie pisał często, ostatnio długo milczał, a przecież był wujem, więc wiadomości od niego, a jeszcze bardziej jego obecność, zawsze cieszyły. Treść listu jednak przywołała ten niekomfortowy skurcz w żołądku i dreszcz, wywołujący gęsią skórkę.
Czas to dla mnie trudny, napisał i Jessie długo zastanawiał się, co takiego mogło spotkać Anthony'ego. Jak bardzo trudny był ten czas? Czy Charlotte o tym wiedziała? Jonathan? Morpheus? Jasper spodziewał się, że z każdym problemem, który stanie na jego drodze, Anthony wpierw zasięgnie rady swoich najbliższych przyjaciół, a jednak list wysłany był do niego i Jessie zjawił się w Niewielkiej Posiadłości Anthony'ego Shafiqa o świcie, w wygodnych spodniach i zwykłej koszulce i swetrze, zostawiając w domu koszule i krawaty, jak napisał wuj. Przy sobie miał jedynie różdżkę, również zgodnie z życzeniem wuja.
Krok jego był szybki, bo nie chciał kazać wujowi długo na siebie czekać, ale jego nogi same zatrzymały się przy fontannie Urobosa, oplatającego złotą kulę. Nieprzyjemne uczucie wróciło, ale miało już inne źródło. Jessie pokręcił głową i ruszył dalej, pocierając niespiesznie swoje ramię. Uczucie maleńkości doskwierało mu już od chwili, w której pojawił się u bram posiadłości Szefa Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Uczucie brudu. Uczucie braku wartości, która naprawdę liczyła się w magicznym społeczeństwie i która zważała na tym, czy miejsce swoje można było zająć wśród elit, na wysokich krzesłach i pośród bankietów, śmiechów i złota, czy raczej u nizin, pokornie i z zaciśniętymi zębami dusić szloch i ścierać bród brudną szmatą.
Lipiec rozpoczął się dość... dziwnie. Sny, niemające żadnego powiązania ze zdarzeniami wcześniejszych miesięcy. Tamten żebrak... Zaproszenie na nieistniejący wiec... Potem wampir... Wszystko to sprawiało, że głowę Jaspera zaczęły nachodzić coraz dziwniejsze, przytłaczające myśli.
Był małym słonikiem. Tak podpowiadał mu jeden ze snów. Mały słonik, który wciąż miał przed sobą całe życie i czas, by odkryć siebie i swoją wartość. Małym słonikiem, który miał korzystać ze swobody lat dziecięcych, nim wejdzie w niebezpieczny czas dorosłości. A może coś pomylił? Może wcale nie chodziło ani o czas, ani o wewnętrzne dziecko?
Może ten mały słonik miał pokazać mu, że był słaby? Że inne słonie, które nieświadomie mijał każdego dnia, w dowolnej chwili mogły go zgnieść swoimi długimi trąbami i wielkimi łapami? Że inne słonie były silniejsze, bo były czyste? Nie były skażone?
Anthony poprosił w liście, aby spotkali się przy Śniącym. Przy rzeźbie, która ciekawiła Jessiego, gdy o niej wspominano, ale nigdy nie dowiedział się, jakie było jej znaczenie. Kim był ten Śniący? O czym śnił? Czy kiedykolwiek się zbudził?
Zanim jeszcze dotarł na miejsce spotkania, przechodząc przez ogród, wszelkie dręczące go myśli, wszystkie pytania i wątpliwości nagle ucichły i zniknęły, a w ich miejsce wkroczyła jedna, potężna myśl.
Co tu się, na Merlina, stało?
Kartki. Kartki! Wszędzie kartki! Jakby ktoś napompował ogromnego balona, wypełnionego kartkami i przebił igłą. Wszystko usłane było kartkami, jakby w tym jednym miejscu spotkało się stu poetów z kryzysem twórczym. Pochylił się, ostrożnie podniósł jedną z kartek i aż się skrzywił, odczytując krótką wiadomość.
Czy to z tego powodu Anthony chciał się z nim spotkać?
Jego dłoń wciąż zaciskała się na pojedynczej kartce, mnąc ją, gdy czekał na wuja przy rzeźbie Śniącego. Widząc go, gdy się zbliżał, chciał zawołać jego imię, przywitać go, ale te zaciśnięte szczęki sprawiły, że jemu zacisnęła się krtań.
-Wuju - dwa wypowiedziane na sam początek słowa oddzieliła licząca około siedmiu sekund cisza. -Co to jest? - spytał ostrożnie, unosząc dłoń, w której ściskał kartkę.