16.07.2024, 22:13 ✶
Tak, kojarzyłem Victorię Lestrange. Nie spodziewałem się jednak, że któregoś razu, szczególnie o tak bezlitosnej porze jak na śmiertelnika, los przyśle mnie do niej w sprawach służbowych. Nawet się zastanawiałem, czy to wypada nawiedzać ją tak późno w jej domu rodzinnym i to o tej porze, ale nie mogłem sobie pozwolić na wybrzydzanie. Teraz albo wcale - decyzja musiała zostać podjęta szybki i sprawnie. I nawet nie obchodziło mnie, czy ostatecznie nie skończę może z jakimś rogami w zanadrzu albo ogonem... jako efektem ubocznym, a przynajmniej nie obchodziło mnie, póki nie stanąłem przed drzwiami posiadłości. Mały krok dla człowieka, ale ogromny dla wampira?
Drzwi się otworzyły, a w nich pojawiła się ciemnowłosa czarownica. Była niska, a przy moim standardzie to nawet bardzo niska. Wyobrażałem ją sobie zdecydowanie wyższą. Talia, szczególnie biust mnie nie zawiodły; podobne jak w moich wyobrażeniach... Cóż, ostatecznie miałem nadzieję, że miała naprawdę potężne pierdolnięcie, jeśli chodziło o zaklęcia defensywne, bo nie chciałem jej gryźć, nie chciałem przelewać siłą krwi, a przede wszystkim nie chciałem podpadać Lestrange’om. I jej narzeczonemu? Czy była zaręczona?
Uśmiechnąłem się delikatnie, grzecznie skinąłem głową.
- Dobry wieczór... Astaroth Yaxley - odparłem na powitanie i na chwilę się zawahałem, bo zaskoczyła mnie z tym, że zdecydowała się podać rękę wampirowi, poza tym wytrąciła mnie nieco temperatura jej ciała. Spodziewałem się poczuć hipnotyzujące ciepło, a tu... niewielka różnica, a właściwie jej brak. Mylnie się zamyśliłem, czy przypadkiem nie borykała się z tą samą przypadłością co ja, na chwilę oddając wszelkie plotki o Zimnych w zapomnienie. Szybko mi jednak wróciło olśnienie, więc nie powiedziałem niczego głupiego.
Zrobiłem krok, może półtorej, znajdując się w ciemnym korytarzu. Zestresowany. Byłem zestresowany. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Czy będzie chciała odciąć mi rękę, żeby sprawdzić, czy ta odrośnie???
- Nie-e... Dziękuję, obejdzie się - odpowiedziałem jej, za bardzo nie wiedząc, jak bardzo być wylewanym, jak żartobliwym. Raczej niecodziennie człowiek przychodził, brał udział... w czymś takim, będąc króliczkiem doświadczalnym. Właśnie, czy mogłem skończyć z białym futrem?! Tyle niewiadomych. Od czego w ogóle zacząć?!
Salon wydawał się być normalny. Za normalny. Usiadłem niepewnie na kanapie. Nieco sztywno. Przez myśl mi przyszło, czy się nie położyć... Czy może pierwsze spotkanie będzie czymś w stylu wywiadu z wampirem? Terapii polegającej na rozmowie? Jak u magidoktora duszy?
Ostatecznie jednak usiadłem. Tylko usiadłem. Poprawiłem nieco marynarkę, bo chciałem wyglądać profesjonalnie, ale też się nie wyróżniać, więc ubrałem się raczej ciemno. Na ciemnym nie było tak widać krwi, hehe. Dobre sobie.
- Rozumiem, że skrzatka jest w pogotowiu? - zapytałem... niepewnie, bo raczej to było oczywiste, ale bardziej chciałem tym pytaniem przerwać ciszę niż faktycznie pytać, czy Victoria nie jest w ciemię bita. - Jak wspominałem, nie ufam sobie... i lepiej mi nie ufać, pomimo mojej czarującej osobowości - dodałem, próbując zażartować. Zaraz miało się okazać, czy mam do czynienia z czarodziejem poważnym, czy może takim, co uchował w sobie poczucie humoru. Oby miała poczucie humoru - zacząłem się modlić do Bogini Matki.
Drzwi się otworzyły, a w nich pojawiła się ciemnowłosa czarownica. Była niska, a przy moim standardzie to nawet bardzo niska. Wyobrażałem ją sobie zdecydowanie wyższą. Talia, szczególnie biust mnie nie zawiodły; podobne jak w moich wyobrażeniach... Cóż, ostatecznie miałem nadzieję, że miała naprawdę potężne pierdolnięcie, jeśli chodziło o zaklęcia defensywne, bo nie chciałem jej gryźć, nie chciałem przelewać siłą krwi, a przede wszystkim nie chciałem podpadać Lestrange’om. I jej narzeczonemu? Czy była zaręczona?
Uśmiechnąłem się delikatnie, grzecznie skinąłem głową.
- Dobry wieczór... Astaroth Yaxley - odparłem na powitanie i na chwilę się zawahałem, bo zaskoczyła mnie z tym, że zdecydowała się podać rękę wampirowi, poza tym wytrąciła mnie nieco temperatura jej ciała. Spodziewałem się poczuć hipnotyzujące ciepło, a tu... niewielka różnica, a właściwie jej brak. Mylnie się zamyśliłem, czy przypadkiem nie borykała się z tą samą przypadłością co ja, na chwilę oddając wszelkie plotki o Zimnych w zapomnienie. Szybko mi jednak wróciło olśnienie, więc nie powiedziałem niczego głupiego.
Zrobiłem krok, może półtorej, znajdując się w ciemnym korytarzu. Zestresowany. Byłem zestresowany. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Czy będzie chciała odciąć mi rękę, żeby sprawdzić, czy ta odrośnie???
- Nie-e... Dziękuję, obejdzie się - odpowiedziałem jej, za bardzo nie wiedząc, jak bardzo być wylewanym, jak żartobliwym. Raczej niecodziennie człowiek przychodził, brał udział... w czymś takim, będąc króliczkiem doświadczalnym. Właśnie, czy mogłem skończyć z białym futrem?! Tyle niewiadomych. Od czego w ogóle zacząć?!
Salon wydawał się być normalny. Za normalny. Usiadłem niepewnie na kanapie. Nieco sztywno. Przez myśl mi przyszło, czy się nie położyć... Czy może pierwsze spotkanie będzie czymś w stylu wywiadu z wampirem? Terapii polegającej na rozmowie? Jak u magidoktora duszy?
Ostatecznie jednak usiadłem. Tylko usiadłem. Poprawiłem nieco marynarkę, bo chciałem wyglądać profesjonalnie, ale też się nie wyróżniać, więc ubrałem się raczej ciemno. Na ciemnym nie było tak widać krwi, hehe. Dobre sobie.
- Rozumiem, że skrzatka jest w pogotowiu? - zapytałem... niepewnie, bo raczej to było oczywiste, ale bardziej chciałem tym pytaniem przerwać ciszę niż faktycznie pytać, czy Victoria nie jest w ciemię bita. - Jak wspominałem, nie ufam sobie... i lepiej mi nie ufać, pomimo mojej czarującej osobowości - dodałem, próbując zażartować. Zaraz miało się okazać, czy mam do czynienia z czarodziejem poważnym, czy może takim, co uchował w sobie poczucie humoru. Oby miała poczucie humoru - zacząłem się modlić do Bogini Matki.