17.07.2024, 15:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2024, 23:34 przez Millie Moody.)
Słowa Isaaca były w sumie całkiem miłe, podobnie jak jego zachowanie. Rzeczywiście wypełniał swoje obietnice i lada moment mogła się zerzygać tęczą. Czy to dobrze? Nie była pewna. Gdzieś w tle usłyszała bicie zegara z wieży w miasteczku, jakby za chwile miało się wydarzyć coś wartego zapamiętania, coś skojarzonego tak mocno z dźwiękiem, co zapadnie w sercu na dłużej.
Nazwał ją swoją żoną, zmrużyła złociste oczy skryte pod maską. Zazwyczaj to ona bawiła się w tę grę pozorów zawstydzając wszystkich wokół, tych swoich biednych zakonniarskich kolegów, którzy wiele by oddali, żeby Millie była kimś innym. Podobnie z resztą jak Isaac. Widziała jego twarz, widziała jego lśniące oczy wpatrzone w nią jak obrazek, którym nie była. Czy nie miał świadomości, że to tylko przebranie? Że to suknia go nęci, gdy tymczasem wnętrze ukryte pod brzoskwiniową skórą jest zwyczajnie przegnite do cna?
Struchlała, zmalała wobec tej sytuacji, niczym łania na drodze z wlepionym wzrokiem w nadciągające dwutonowe przeznaczenie o oślepiających ślepiach reflektorów odbierających wszelki dech z piersi. A potem zaczął się do niej pochylać, zaczął sięgać jej ust. Czy nie robiła tego setki, tysiące razy? Znajome wargi, obce wargi, zapomniane wargi, delikatne płatki i szorstkie od zarostu, zaborcze i kruche, suche z nerwów i wilgotne od łez wargi, zaciśnięte i takie, za którymi stał zniecierpliwiony język żądny smakowania do cna.
Isaac był człowiekiem czynu i rzeczywiście zadziało się tak jak powiedział - tym razem nie spudłował i och całował ją z wprawą zdobytą latami zagranicznych doświadczeń. Ale Mildred mogła wtedy myśleć tylko o jednym. Mogła myśleć tylko o tym, czy tak samo właśnie całował Olivię Quirke wtedy, gdy mieli już te siedemnaście lat i pewnego dnia jej chłopak uznał, że woli spotykać się z kimś normalnym. Kimś kto nie gryzł. Nie drapał. Nie bił. Nie płakał bez powodu. Nie szarpał się z życiem w nienawiści do samego siebie. Z kimś kto był miły. A ona nie była miła. Brat nauczył ją tego, jak ważne jest to, by nie być miłym, tylko twardym.
Pocałunek domknął się wraz z ustaniem uderzeń zegara. Millie czuła jak mrowią ją końcówki palców, czuła, że jest zainfekowana cudzym snem, jak złodziej piasku, który bezcześci dobre marzenie, w głodzie zagarniając je dla siebie. Przez chwile milczała patrząc w jego ufne oczy, w nieświadome oczy.
– Nie musisz udawać, że mnie lubisz. Mam dość dobroczynności, żeby starczyło mi na całe życie – powiedziała lodowato, a w sercu kotłowało jej się wiele uczuć, żadne jednak z nich nie było ciepłe wobec tej sytuacji, nie było tęczowe. Porzucił ją kiedyś. Porzuci teraz. I dobrze. Życie bez niej było dla wszystkich prostszym życiem.
Wstała gwałtownie ze swojego miejsca i przepychając się pośród ludźmi uciekła w stronę ściany niewielkiego lasu otaczającego wydzieloną do tańczenia przestrzeń. Mogła się teleportować, ale musiała to wszystko rozchodzić... przestać myśleć. Przestać czuć.
Nazwał ją swoją żoną, zmrużyła złociste oczy skryte pod maską. Zazwyczaj to ona bawiła się w tę grę pozorów zawstydzając wszystkich wokół, tych swoich biednych zakonniarskich kolegów, którzy wiele by oddali, żeby Millie była kimś innym. Podobnie z resztą jak Isaac. Widziała jego twarz, widziała jego lśniące oczy wpatrzone w nią jak obrazek, którym nie była. Czy nie miał świadomości, że to tylko przebranie? Że to suknia go nęci, gdy tymczasem wnętrze ukryte pod brzoskwiniową skórą jest zwyczajnie przegnite do cna?
Struchlała, zmalała wobec tej sytuacji, niczym łania na drodze z wlepionym wzrokiem w nadciągające dwutonowe przeznaczenie o oślepiających ślepiach reflektorów odbierających wszelki dech z piersi. A potem zaczął się do niej pochylać, zaczął sięgać jej ust. Czy nie robiła tego setki, tysiące razy? Znajome wargi, obce wargi, zapomniane wargi, delikatne płatki i szorstkie od zarostu, zaborcze i kruche, suche z nerwów i wilgotne od łez wargi, zaciśnięte i takie, za którymi stał zniecierpliwiony język żądny smakowania do cna.
Isaac był człowiekiem czynu i rzeczywiście zadziało się tak jak powiedział - tym razem nie spudłował i och całował ją z wprawą zdobytą latami zagranicznych doświadczeń. Ale Mildred mogła wtedy myśleć tylko o jednym. Mogła myśleć tylko o tym, czy tak samo właśnie całował Olivię Quirke wtedy, gdy mieli już te siedemnaście lat i pewnego dnia jej chłopak uznał, że woli spotykać się z kimś normalnym. Kimś kto nie gryzł. Nie drapał. Nie bił. Nie płakał bez powodu. Nie szarpał się z życiem w nienawiści do samego siebie. Z kimś kto był miły. A ona nie była miła. Brat nauczył ją tego, jak ważne jest to, by nie być miłym, tylko twardym.
Pocałunek domknął się wraz z ustaniem uderzeń zegara. Millie czuła jak mrowią ją końcówki palców, czuła, że jest zainfekowana cudzym snem, jak złodziej piasku, który bezcześci dobre marzenie, w głodzie zagarniając je dla siebie. Przez chwile milczała patrząc w jego ufne oczy, w nieświadome oczy.
– Nie musisz udawać, że mnie lubisz. Mam dość dobroczynności, żeby starczyło mi na całe życie – powiedziała lodowato, a w sercu kotłowało jej się wiele uczuć, żadne jednak z nich nie było ciepłe wobec tej sytuacji, nie było tęczowe. Porzucił ją kiedyś. Porzuci teraz. I dobrze. Życie bez niej było dla wszystkich prostszym życiem.
Wstała gwałtownie ze swojego miejsca i przepychając się pośród ludźmi uciekła w stronę ściany niewielkiego lasu otaczającego wydzieloną do tańczenia przestrzeń. Mogła się teleportować, ale musiała to wszystko rozchodzić... przestać myśleć. Przestać czuć.