— Dokładnie! Trudno jest udowodnić, że czegoś nie ma, dlatego dopóki się tego nie udowodni, nie można mówić, że coś nie jest prawdą, nie istnieje, jest "legendą".
Umysł naukowca był niesamowicie otwarty na tego typu kwestie. Tutaj nie istniało "tak" i "nie", tylko "to zależy", "być może" i "na chwilę obecną". Urlett zdawała sobie sprawę, że nawet, gdy jakaś prawidłowość wykazywała fałsz, wystarczyło czasem zmienić tylko jeden warunek, by efekt był zupełnie inny.
Szeroko uśmiechnięte usta wyrzuciły z siebie porcję powietrza ze świstem, niczym przełknięte parknięcie śmiechu. "Błogosławione przez bogów". Nie zamierzała tego komentować. Aryaman wydawał się rozsądnym człowiekiem. Z pewnością zdawał sobie sprawę z tego, jaką głupotą są jego lokalne wierzenia.
— Aż po prababce? Nie wiedziałam nawet, że taka przerwa zdarza się występować. Interesujące dane.
Już miała wprosić się na towarzysza przy grach, lecz pan Birla zdążył się już ulotnić, a obok Urlett pojawiła się Celine. Nieszczęsna sytuacja. Nie mogła jej zbyć. Panna Delacour była kluczem czarownicy do brytyjskiego towarzystwa.
— To bardzo przyjemne przyjęcie. Z przepychem, ale kameralnie — odpowiedziała z ciepłym uśmiechem. Być może posiadanie konkretnego celu zamienił nudne jak dotąd towarzyskie spędy w interesujący sposób spędzania czasu. — Oh tak, jest bardzo nietypowe. Nie byłam jeszcze na przyjęciu połączonym z grami hazardowymi.
Nie do końca zrozumiała, że Celine wyczuła zgrzyt jej osobowości z imprezami, ale i tak panna Delacour otrzymała zapewnienie o przeżywaniu dobrej zabawy przez czarownicę.
Poznać nowe osoby? Chętnie. Do poprzednich towarzyszy zdąży jeszcze wrócić.
— Nie do końca. Ledwie zdążyłam się przedstawić. Bardzo rozchwytywany człowiek. Za to udało mi się porozmawiać z jego towarzyszem, Aryamanem Birla — wyjaśniła. — Przedstaw mnie więc swojej rodzinie, panno Delacour. Bardzo chętnie ich poznam.