18.07.2024, 11:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.07.2024, 11:58 przez Charlotte Kelly.)
– Oczywiście, że radzę sobie świetnie, jak zawsze… spróbujesz zamknąć tę bramę? – zasugerowała Charlotte, by postarał się walnąć zaklęciem zamykającym ją, bo musiała niechętnie przyznać, że chociaż tak cudownie sobie radziła, i kto przejmowałby się tym lusterkiem, i tym zarysowanym lakierem, i że coś trzasnęło przy tym krawężniku, to jednak mugole w mugolskich autach mogą radzić sobie lepiej. – Nie przejmuj się, ten przesąd zakłada, że stłuczenie lustra niszczy ci duszę, a ona odbudowuje się po siedmiu latach. Jestem wściekle pewna, że moja dusza jest dostatecznie zepsuta, by nie przejmować się jakimiś tam lustrami… Hm, dobrze, że nie zameldowaliśmy się pod prawdziwym nazwiskiem…
Głównie dlatego, że w mugolskim świecie nie istnieli i trzeba było paru zaklęć, bo czarodziejskich dokumentów nikt by tu przecież nie uznał. Zerknęła szybko na wsteczne lusterko, nikt jeszcze ich nie gonił, ale była pewna, że to nastąpi zaraz… Ciekawiło ją, czy willa spłonie – na szczęście faktycznie była osobna wobec hotelu, więc gościom nic nie groziło.
A Massimo… pieprzyć Massimo.
– Och… To oczywiste, Johny. To czerwony samochód, więc pali się czerwone światełko – pouczyła z mądrą miną, a potem znowu nimi zarzuciło, kiedy skręciła, wyjeżdżając wreszcie poza hotelowy teren. Całe szczęście, bo czerwone światełko chyba jednak świadczyło o tym, że coś jest nie tak: coś trzasnęło, Charlotte wpadła w poślizg, i ledwo wyhamowała: samochód zjechał na poboczne, maska została zarysowana przez krzewy i naprawdę niewiele brakowało, a mogliby wypaść z drogi i spaść dalej, za klifu.
Serce biło jej szaleńczo, trochę dlatego, że to było naprawdę zabawne, a Charlotte nie cierpiała nudy, a trochę dlatego, że odrobina strachu dała radę wreszcie przebić się przez adrenalinę. Bo wbrew pozorom doskonale pamiętała, że jej mąż zginął w wypadku. Odetchnęła jednak, poprawiła sukienkę i odpięła pasy.
– W porządku, randka ze Ślizgonem nie byłaby zabawniejsza – oświadczyła, ani myśląc dać po sobie poznać, że jest wytrącona z równowagi. – Trzeba się chyba teleportować i bardzo szybko zabrać nasze rzeczy… Ach tak. Zaraz. Obowiązkowy element zakończenia randki – przypomniała sobie, gdy już sięgała po torebkę i pochyliła się, by ucałować Jonathana prosto w usta. – Świetna zabawa – dorzuciła, i widząc we wstecznym lusterku, że na ulicę właśnie wyjechało pierwsze z zapewne kilku aut, w których ich goniono, znikła z cichym trzaskiem.
Głównie dlatego, że w mugolskim świecie nie istnieli i trzeba było paru zaklęć, bo czarodziejskich dokumentów nikt by tu przecież nie uznał. Zerknęła szybko na wsteczne lusterko, nikt jeszcze ich nie gonił, ale była pewna, że to nastąpi zaraz… Ciekawiło ją, czy willa spłonie – na szczęście faktycznie była osobna wobec hotelu, więc gościom nic nie groziło.
A Massimo… pieprzyć Massimo.
– Och… To oczywiste, Johny. To czerwony samochód, więc pali się czerwone światełko – pouczyła z mądrą miną, a potem znowu nimi zarzuciło, kiedy skręciła, wyjeżdżając wreszcie poza hotelowy teren. Całe szczęście, bo czerwone światełko chyba jednak świadczyło o tym, że coś jest nie tak: coś trzasnęło, Charlotte wpadła w poślizg, i ledwo wyhamowała: samochód zjechał na poboczne, maska została zarysowana przez krzewy i naprawdę niewiele brakowało, a mogliby wypaść z drogi i spaść dalej, za klifu.
Serce biło jej szaleńczo, trochę dlatego, że to było naprawdę zabawne, a Charlotte nie cierpiała nudy, a trochę dlatego, że odrobina strachu dała radę wreszcie przebić się przez adrenalinę. Bo wbrew pozorom doskonale pamiętała, że jej mąż zginął w wypadku. Odetchnęła jednak, poprawiła sukienkę i odpięła pasy.
– W porządku, randka ze Ślizgonem nie byłaby zabawniejsza – oświadczyła, ani myśląc dać po sobie poznać, że jest wytrącona z równowagi. – Trzeba się chyba teleportować i bardzo szybko zabrać nasze rzeczy… Ach tak. Zaraz. Obowiązkowy element zakończenia randki – przypomniała sobie, gdy już sięgała po torebkę i pochyliła się, by ucałować Jonathana prosto w usta. – Świetna zabawa – dorzuciła, i widząc we wstecznym lusterku, że na ulicę właśnie wyjechało pierwsze z zapewne kilku aut, w których ich goniono, znikła z cichym trzaskiem.