-Na początku lipca dostałem zaproszenie na wiec, na którym mieliśmy rozmawiać o Równości - machnął ręką, jakby odganiał irytującą muchę. -Wiec okazał się czyimś żartem i, krótko mówiąc, miałem dość nieprzyjemną rozmowę z właścicielem pewnego baru. Nie ominęło cię nic ciekawego, wuju.
Lipiec stał się miesiącem, podczas którego myśli społeczności czarodziejów zdominowały mniej lub bardziej widoczne różnice między ludźmi, różnice poglądów oraz prawa, dotyczące różnych grup. Rejestr Wilkołaków w Dziale Zwierząt, wyrzucanie na bruk charłaczych dzieci przez czystokrwistych rodziców, nierzadkie znęcanie się nad mugolakami, czy uraza goblinów, że zabroniono im używać różdżek. I wiele innych, które z pewnością nie dotarły do całej magicznej społeczności, a z pewnością stanowiły problem dla społeczeństwa, którego rozwiązanie może mogłoby polepszyć, a może nawet uratować niejedno życie.
Niestety, coś, co miało wywołać pozytywną zmianę, najprawdopodobniej stawało się powoli nieśmiesznym żartem, wywołującym u czarodziejów złość i odruchy wymiotne na sam dźwięk słowa "równość". Zaproszenia na wiec, który wcale nie istnieje - marnowanie czasu zaproszonych, a także nerwy właściciela baru, który musiał użerać się z żartem, w który został wplątany, i zaczął wcześniej zamykać swój lokal, co z pewnością boleśnie odbiło się na jego przychodach. Obsypywanie czyjegoś ogrodu ulotkami, które tak naprawdę nie dawały nic, nie zmuszały do refleksji ani podjęcia działań, ponieważ czyjś prywatny ogród nie był miejscem, w którym powinno się załatwiać takie sprawy.
Anthony miał rację. To nie był dobry sposób. Dawał odwrotny do zamierzonego skutek i mógł jedynie sprawić, że problem nie zostanie rozwiązany, a jedynie się wzmocni, jeżeli ktoś postanowi "ukarać" grupę, o której prawa "walczył" ten żartowniś.
Gdyby on zajmował się prawami wilkołaków.
Tak, to brzmiało logicznie. Odnaleźć kogoś szanowanego, kogoś wysoko postawionego, kto w jakiś bezpośredni sposób był związany z tą klątwą - czy przez życie z nią, czy może przez życie z osobą, która musiała sobie z wilkołactwem radzić. Fundacja resocjalizująca. Refundacja eliksiru tojadowego. Remont cel. To brzmiało tak pięknie i logicznie.
Zbyt pięknie i logicznie.
-Z pewnością byłby to o wiele skuteczniejszy sposób na rozwiązanie tego problemu, niż marnowanie papieru i zaśmiecanie ogrodów - mówił powoli, wpatrując się w wuja uważnie. -Gdybyś ty zajmował się prawami wilkołaków, ktoś z pewnością byłby ci za to wdzięczny.
Nie był tego pewien. Nie był pewien, czy istniał ten "Ktoś", dla którego Anthony zrobiłby to wszystko, ale z pewnością było "Coś". I jeżeli Anthony chciał, mógł o tym powiedzieć. Jeżeli chciałby, by zostało to między nimi, mógłby nawet rzucić na Jessiego Zaklęcie Zapomnienia, by nie dowiedział się nikt.
Przez moment nawet nawiedziła go niepokojąca myśl, czy może Anthony...
Jego dłoń nie powędrowała do włosów, jak miała w zwyczaju, gdy dłoń Anthony'ego zniknęła w jego głowy, więc jego głowy odstawały w kilku miejscach, tworząc na głowie mały nieład. W tym momencie nawet mu to nie przeszkadzało.
-Nawiedzony dom? - uniósł brew i poszedł za wujem. -Hm... Ciekawy sposób na poprawienie humoru, kiedy dopiero odzyskał wzrok. Organy będą same grały, czy zatrudnisz jakiegoś ducha, tak dla nastroju? I może zapytać jakiegoś Sprouta o ten zapach? Podobno istnieje roślina, która śmierdzi, jak psujące się mięso, więc może jest taka, która śmierdzi, jak stara piwnica? I przy okazji nie próbuje nikogo zabić, jak Diabelskie Sidła.