18.07.2024, 17:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.07.2024, 17:47 przez Florence Bulstrode.)
Florence nie pochwalała przemocy, czajenia się w uliczkach i ogólnie atakowania kogokolwiek. To nie tak, że zachęcała Atreusa do podobnego postępowania – jego agresja i porywczość martwiły się nie od dzisiaj, a po Beltane to zmartwienie tylko narastało. Ale też znając „styl” swojego brata, spodziewała się raczej, że na oczach tłumu i innych funkcjonariuszy atakować będzie, gdy faktycznie poniesie go gniew.
– Jeśli nadejdą problemy, poradzimy sobie z nimi – powiedziała po prostu. – Modlitwa, Atri. Ona jest kluczowa – dodała. Nie należała nigdy do najbardziej pobożnych jednostek, bo Florence pochłaniała proza życia, nie duchowe i religijne uniesienia: nie oznaczało to jednak, że jest niewierząca. Pewien sceptycyzmy, wynikający z natury, tkwił w niej zawsze, podobnie jak skłonność do uznawania niewielu autorytetów, ale nigdy jakoś nie negowała istnienia Matki Księżyca. Żyjąc w świecie czarów, znając duchy, niemal spodziewałeś się, że tuż obok ciebie może istnieć bogini. I zdarzało się jej szeptać do niej modlitwy, nawet jeśli czyniła to dość rzadko.
Może to wpływ święta, ale zdawało się Florence, że tego dnia naprawdę chce się pomodlić: jakby odczuła nagły… przypływ wiary, któremu towarzyszyła potrzeba odprawienia rytuału.
W przeciwieństwie do dwóch mężczyzn, ona nie wahała się długo. Owszem, było sporo miejsc, które mogłaby zawierzyć opiece Matki, ale w pierwszej kolejności myślała o tym, w którym teraz przebywała. W którym mieszkali jej rodzice, jeśli akurat nie podróżowali po świecie, które stanowiło dziedzictwo ich rodu i schedę dla braci. Gdzie zasypiali ona i oni, gdzie schronienia czasem szukał Laurent. Chciała, pragnęła z całej duszy, aby to miejsce, w którym dorastała i w którym mieszkali pozostawało bezpieczne w tych niespokojnych czasach.
To miejsce, i tych, którzy szukali w nim azylu.
Kamienica Bulstrodów.
W myślach odmówiła słowa modlitwy, nim pochyliła się nad świecą i ziołami, aby zdmuchnąć płomień.
– Jeśli nadejdą problemy, poradzimy sobie z nimi – powiedziała po prostu. – Modlitwa, Atri. Ona jest kluczowa – dodała. Nie należała nigdy do najbardziej pobożnych jednostek, bo Florence pochłaniała proza życia, nie duchowe i religijne uniesienia: nie oznaczało to jednak, że jest niewierząca. Pewien sceptycyzmy, wynikający z natury, tkwił w niej zawsze, podobnie jak skłonność do uznawania niewielu autorytetów, ale nigdy jakoś nie negowała istnienia Matki Księżyca. Żyjąc w świecie czarów, znając duchy, niemal spodziewałeś się, że tuż obok ciebie może istnieć bogini. I zdarzało się jej szeptać do niej modlitwy, nawet jeśli czyniła to dość rzadko.
Może to wpływ święta, ale zdawało się Florence, że tego dnia naprawdę chce się pomodlić: jakby odczuła nagły… przypływ wiary, któremu towarzyszyła potrzeba odprawienia rytuału.
W przeciwieństwie do dwóch mężczyzn, ona nie wahała się długo. Owszem, było sporo miejsc, które mogłaby zawierzyć opiece Matki, ale w pierwszej kolejności myślała o tym, w którym teraz przebywała. W którym mieszkali jej rodzice, jeśli akurat nie podróżowali po świecie, które stanowiło dziedzictwo ich rodu i schedę dla braci. Gdzie zasypiali ona i oni, gdzie schronienia czasem szukał Laurent. Chciała, pragnęła z całej duszy, aby to miejsce, w którym dorastała i w którym mieszkali pozostawało bezpieczne w tych niespokojnych czasach.
To miejsce, i tych, którzy szukali w nim azylu.
Kamienica Bulstrodów.
W myślach odmówiła słowa modlitwy, nim pochyliła się nad świecą i ziołami, aby zdmuchnąć płomień.